środa, 13 lipca 2016

Piwnica w Bergen, czyli Dagorath.


Kilka dni temu wybrałem się z awizo w ręku na pocztę. To czynność u mnie częsta, bo niestety w godzinach doręczeń przesyłek, przebywam w pracy. Na szczęście urząd blisko, w zasadzie mógłbym iść w kapciach. Gdybym nosił kapcie. Na poczcie norma – spore grono starszych ludzi, którzy nigdy nie mogą dotrzeć tam w godzinach, gdy reszta narodu pracuje. No i te stosy rachunków! Ale nic to, dzielnie odczekałem swoje i wreszcie odbieram przesyłkę z jedną płytą w środku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie opuszczam poczty sam. Szli za mną Ihsahn, Samoth, Fenriz , Satyr i Infernus. I kilkunastu innych Norwegów w wieku młodzieńczym. Dziarsko wszyscy weszliśmy na to moje czwarte piętro i po chwili, gdy pierwsze dźwięki Dagorath wypełniły mieszkanie, rozpoczęła się impreza. Panowie zaczęli hasać jak młode wilki, rozbijając się po ciasnej kawalerce i nieustannie kręcąc młynki piórami. Ktoś strącił butelkę, ktoś zachlapał mi łazienkę farbkami, niechybnie nakładając w pośpiechu corpsepaint, ktoś inny w szale bojowym skopał telewizor. Z półek z płytami na tych szalejących młodziaków spoglądały ich późniejsze wcielenia, pewnie z lekkim zażenowaniem ale też wstydem, że w nich już nie ma tego młodzieńczego wigoru i bezkompromisowości. Nemesis Divina zaczęła tęsknie spoglądać na Dark Medieval Times a At the Heart of Winter rzucał zamglone spojrzenie Pure Holocaust. Na sąsiedniej półce In the Nightside Eclipse radośnie podskakiwał słysząc wokalistę Dagorath a tuż obok Under a Funeral Moon wraz z Pentagram wywijali koziołki. Dwadzieścia pięć minut piekielnej zabawy. Ja potulnie schowałem się w kącie zachwycony widowiskiem i tym co słyszę. Gdy skończył się piąty, ostatni utwór (cover Gorgoroth), panowie grzecznie usiedli i poprosili o herbatę. Pomyślałem, że mi też się przyda. Zaparzyłem i zaproponowałem im powtórkę. Ochoczo przystali na propozycję i tym sposobem wcisnąłem „play” po raz drugi. A potem jeszcze raz i jeszcze raz. 

Dagorath – Dagorath. 25 minut czystego, nie skażonego niczym black metalu. Dla zakochanych w klasycznych norweskich brzmieniach, to jak 25 kg najczystszej heroiny. To esencja lat dziewięćdziesiątych. Mróz, las, śnieg i fiordy. Studio w piwnicy jednej z kamienic Bergen. Kilku gówniarzy za chwilę nagra tam coś, co za jakiś czas Świat okrzyknie klasyką gatunku, fundamentem. Aj, przepraszam, zapędziłem się, ale fakt jest taki, że z tym materiałem mogło tak właśnie być. Mógłby spokojnie stać wśród wspomnianych wyżej pomników black metalu bez cienia zażenowania czy wstydu. Tu zgadza się wszystko, nawet okładka (kompletnie nieczytelne logo), wkładka a raczej jej brak i zdjęcia muzyków w lesie. Brak tylko makijaży na twarzach, ale to zwalam na chwilowy brak plakatówek w najbliższym papierniczym. 

Najpierw Odour of Death (o nim tutaj), teraz Dagorath. Takie materiały odnawiają we mnie wiarę w black metal. Mam jeszcze kilka zaległości do nadrobienia, więc liczę, że ten trend (tfu!) się utrzyma. Black Metal ist Krieg!

Płyta wydana własnym sumptem.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz