wtorek, 5 lipca 2016

Moja Umierająca Panna Młoda, czyli o rozwodzie słów kilka.


Sporo już tu o mojej przeszłości muzycznej napisałem. Był death metal, thrash metal, black. Był heavy a nawet hard rock. Nie było jednak jeszcze jednego gatunku, który wtedy, gdy poznawałem metalowy Świat, był przez pewien okres ważny. Mowa o doom metalu. Dwa zespoły, które były dla mnie bardzo ważne, oba angielskie – Anathema i My Dying Bride (jeśli komuś ciśnie się automatycznie na usta Paradise Lost – ok, ale zaznaczam – dla mnie to nie był w tamtym okresie zespół doom metalowy). Lubiłem ten smutek i melancholię. Te piękne, rzewne melodie, zawodzące wokale i przygnębiające teksty. W przypadku My Dying Bride był jeszcze ten mroczny ciężar walca przetaczającego się po twoim ciele z rozkoszą sadysty. „As the Flower Withers” i „Turn Loose the Swans” to były właśnie takie albumy. Ciężko było się podnieść po przesłuchaniu ale chciało się wracać. Szczególnie do “Turn Loose the Swans”. Ten album wspominam najlepiej i uważam za najlepsze dzieło Anglików. Co za klimat! Kawałek „The Crown of sympathy” to absolutny top doom metalu. Kolejny album, czyli “The Angel and the Dark River” lubiłem, ale to już nie było to samo. Walec zniknął, ciężar prysł. Panowie dryfowali w stronę coraz lżejszych brzmień a ja z prędkością światła zasuwałem w stronę mocy, agresji, szaleństwa i opętania. Nasze drogi musiały się rozejść. Liznąłem jeszcze „Like the Gods of the Sun” i na tym koniec. Wiedziałem, że tworzą, że istnieją i koncertują. Czasami coś gdzieś usłyszałem ale to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że rozwód był decyzją dobrą. W ten sposób ominęło mnie (co policzyłem dopiero kilka dni temu) osiem albumów Anglików! Sporo, więc jeśli coś wartościowego przegapiłem, to dajcie znać. Jednak żyję, więc jak widać da się. 


My Dying Bride 1993 rok

Nie jestem już fanem ckliwych brzmień i smutnych płyt. Im człowiek starszy, tym bardziej chce się cieszyć a nie smucić. Choć posiadam sporo płyt Anathemy, bardzo rzadko ich słucham. Wolę pokrzyczeć przy czymś skocznym, potupać nogą, uśmiechnąć się. We wrześniu zeszłego roku podczas jednej z rutynowych wizyt w pobliskim Empiku, zobaczyłem bardzo ładny digipack – okładka taka kolorowa ale zarazem przyciągająca swoja estetyką. No i to charakterystyczne logo. Byłem pewien, że już dawno od niego odeszli a tu proszę, takie zaskoczenie. I to chyba zdecydowało. Impuls i już trzymając płytę w ręku stoję w kolejce do kasy. My Dying Bride – „Feel the Misery”. Trzynasty album w historii zespołu, choć dla mnie czwarty. Wracałem do domu bez wielkich oczekiwań, chciałem po prostu na spokojnie posłuchać co panowie dziś tworzą. Play i jedziemy. Pierwszy utwór – „And my father left forever” – jest dobrze! Jest moc, są te charakterystyczne wokale, których nie da się zapomnieć, są skrzypce. Od razu nasunęło mi się skojarzenie z „Turn Loose the Swans” a zostało spotęgowane przez kolejny utwór. Pomyślałem – cholera, co oni robili przez tyle lat? Jeśli wydali osiem takich albumów to trzeba wszystkie kupić! Wracając do zawartości albumu – im dalej, tym smutniej i spokojniej. Ale nadal pięknie. Gdyby ta płyta wyszła zaraz po „Turn Loose the Swans” byłaby idealnym łącznikiem z „The Angel and the Dark River”. Ale nie wyszła. Wyszła w 2015 roku, kiedy już takie granie mnie po prostu nie bawi na tyle, by się zachwycać. To dobry album i zakupu pod żadnym względem nie żałuję, bo dodać trzeba , że wydany jest pięknie. Trzeba mieć do niego jednak specyficzny nastrój, a ja miewam takie ostatnio bardzo rzadko (co cieszy!). 


My Dying Bride rok 2015

Wydanie Peaceville Records, 2015, numer katalogowy CDVILEF493.





Feel the Misery na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz