piątek, 1 lipca 2016

Matka Północ, czyli hymn nad hymny.


„Nie jestem tu sam. Jest nas wielu. Bracia i siostry, matki, ojcowie, dzieci i dziadkowie. Z jednej ziemi, z jednego korzenia potężnego drzewa życia. Jego gałęzie chroniły nas przez wieki, tuliły jak matczyne ramiona. Teraz, dzisiaj, gdy stoję na nagim wzgórzu i patrzę na tę majestatyczną krainę, przepełnia mnie strach. Nie czuję już ciepła tych ramion, nie widzę jej oblicza, nie słyszę śpiewu jej porannego i wieczornego szeptu. Jakby zniknęła. Zostawiła nas. Nasze domy już nie są schronieniem, nasze łoża straciły wygodę i zdają się płonąć – odchodzą jak długie łodzie, w ostatniej drodze towarzyszące przodkom. A przecież to nie pora umierać. Gdzie nasza ziemia, jej plony i bujne ogrody? Gdzie nasza wolność i żagla cień na spienionym morzu? Gdzie dawna duma i ideały? Mroźny wiatr smaga zniszczoną twarz jednookiego starca, który widział wiele i słyszał jeszcze więcej. Nawet jednak on nie wie, bo nie wie nikt. Nikt poza naszą matką, jej jednak nie ma. Patrzę w dal i widzę mgliste niebo nad cichymi zatokami. Niegdyś radowałem się tym widokiem, teraz napawa mnie grozą. Czuję, że nadchodzi kres. Kres tej ziemi takiej, jaką ją znamy. Ale nie jestem tu sam i nie tylko mnie on dosięgnie. Jest nas wielu. Bracia i siostry, matki, ojcowie, dzieci i dziadkowie. Z jednej ziemi, z jednego korzenia, z jednej Matki. Imię jej – Północ.”




Matka Północ. Mother North. Utwór pomnik. Hymn. Manifest. Jedno z największych osiągnięć norweskiego black metalu i black metalu w ogóle. Potęga zamknięta w surowym pięknie oszczędnych melodii mających folkowe korzenie. Surowość północy czuć tu w każdej sekundzie. Wściekłe riffy wspierane kanonadą perkusji atakują niczym huragan. Ale jest tu też zaduma i zamyślenie. Momenty, w których słowa krzyczane przez Satyra zatrzymują nas pomimo tej szalonej prędkości. Chwile, w których nasze myśli biegną daleko i każą nam się zastanowić nad wszystkim co wokół, by zaraz potem porwać nas znowu do szalonego pędu. Ten wspaniały utwór to taki filozoficzny hymn wojenny pozostający w nas głęboko i nie dający o sobie zapomnieć. Mother North to także część wspaniałego albumu Nemesis Divina, wydanego przez Satyricon w 1996 roku. To był bardzo dobry rok dla black metalu, choć wszystko co w nim najlepsze, powoli odchodziło w zapomnienie. Nemesis Divina, paradoksalnie, to jednak kamień milowy gatunku, który dał mu drugi oddech. To taka pieczęć na stwierdzeniu, że black metal to sztuka a nie tylko krzyk i agresja. Wielu chciało to udowodnić wcześniej i bywali blisko, jednak to Satyricon zwieńczył dzieło. Album wyniósł zespół na kompletnie inny poziom, wcześniej dla piekielników niedostępny, co akurat dla mnie okazało się nie do przełknięcia i kolejnych nagrań Norwegów nie lubię. Wtedy jednak, w 1996 roku, gdy po raz pierwszy usłyszałem tę płytę, konsekwencje jej nagrania były dla mnie totalną abstrakcją. Pamiętam tamten czas i powszechne zachwyty, pamiętam uniesienie przy pierwszych dźwiękach Mother North. Teraz, po 20 latach, za każdym razem gdy je słyszę, czuję dokładnie to samo. Zatyka mnie, dusza szaleje a myśli odchodzą do spraw najważniejszych. Wiem, że ten utwór zostanie ze mną do końca. Mojego, albo Północy. 

Z okazji dwudziestolecia wydania albumu, austriacki Napalm Records przygotował wznowienie. Materiał został zremasterowany, w mojej opinii brzmi dzięki temu potężniej, nic jednak nie stracił na surowości. Płyta została wydana w bardzo ładnym digibooku, bez niepotrzebnych fajerwerków graficznych. Jest po prostu klimatycznie i prosto. Nie ma też na szczęście żadnych dodatkowych utworów. Jedyne co mnie irytuje, to wywiad z Satyrem w książeczce, ale mogę to przeboleć. 

Satyricon - Nemesis Divina. Napalm Records, 2016, numer katalogowy NPR 649MB.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz