czwartek, 21 lipca 2016

Master's Hammer, czyli Karel Gott black metalu.


Czechosłowacja. Knedliczki, Karel Gott, Helena Vondrackova, Sąsiedzi, Krecik i hokej. Pierwszy kraj, którego granicę przekroczyłem. Zieloną, bo zieloną, ale jednak. Wychowywałem się na południu Polski i u nas południowych sąsiadów się lubiło. Mnie, dzieciakowi, kojarzyli się głównie z bajkami, które bardzo lubiłem. Czechy. Piwo, knedliczki, piwo, hokej, piwo i…czescy metale! Tak, swego czasu było o nich głośno za sprawą charakterystycznego wyglądu (fryzury) i obuwia, które rzekomo nosili (sandały). Rzekomo, bo tak naprawdę na początku lat dziewięćdziesiątych nie widziałem chyba żadnego czeskiego metala. Ale śmialiśmy się wszyscy. Jeśli chodzi o muzykę, Czechy to raczej był obiekt drwin niż uwielbienia. Nie znaliśmy żadnego zespołu stamtąd, nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że może tam jakiś istnieć. Czemu? To proste. Język! Nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, że ktoś władający tak zabawnym i wzbudzającym u nas salwy śmiechu językiem, mógłby grać metal. Przez długi czas wyobrażenie kogoś wykonującego death czy black metal po czesku uruchamiało lawinę śmiechu. 

A potem poznałem Krabathor i Master’s Hammer.




I tu mógłbym zakończyć, bo ci co ich znają, wiedzą, że więcej pisać nie trzeba. Nie zakończę jednak, bo muszę Wam powiedzieć, że te dwa zespoły całkowicie starły mi z ust głupi uśmiech. Zostawmy Krabathor na inną okazję, ostatnio przeżywam wewnętrzny renesans black metalowy, więc skupmy się na Master’s Hammer. 1991 rok. Chwilę wcześniej upadł mur, ruscy wracali do domu, metal zza żelaznej kurtyny powoli zaczynał sączyć się na zachód. W ojczyźnie króluje death metal, za chwilę Europę i Świat zacznie podbijać Vader. W Norwegii black metal dopiero kiełkuje, ikona gatunku Darkthrone wydaje swoją pierwszą płytę „Soulside Journey”, która jest death metalem. W Grecji Rotting Christ pierwszą płytę wyda za dwa lata. Jedynie Samael i jego „Worship Him” ukazuje się w tym roku. Ale to przecież Szwajcaria, gdzie wszystko było prostsze. I nagle, jak diabeł z pudełka, ni z tego ni z owego, pojawia się kilku zabawnie wyglądających Czechów i walą takim materiałem, że szczęka opada! Czesi, faceci od knedliczków, piwa i hokeja. Faceci, którzy chodzą w sandałach i mają „krótko z przodu, długo z tyłu” na głowach! Kasują wszystkich najbardziej bluźnierczych zawodników na scenie. „Ritual.” To materiał prosty, zaśpiewany po czesku, co w żadnym stopniu nie przeszkadza (to był dla mnie szok!) ale jednocześnie potężny. Są tu momenty wręcz geniuszu, patenty, które potem będą stosowali wszyscy. To black metal najwyższych lotów, pomimo iż to debiut. Czesi wcześniej, siedząc jeszcze za żelazną kurtyną mocno ćwiczyli i nagrali kilka demówek. Nie byli więc pierwszymi lepszymi frajerami z ulicy. Doskonale wiedzieli co robią i zrobili to tak, że diabeł musiał być bardzo zadowolony. Kultowa Osmose Productions wznowiła ten materiał w 1994 roku a wcześniej zajmowała się jego dystrybucją. Czesi byli już wtedy po kolejnym świetnym albumie, bo nie zwalniali tempa. To tak ciekawy zespół, że zapewne jeszcze tu do niego wrócimy, bo szczerze mówiąc każda płyta zasługuje na osobny tekst. 

Do dzisiaj gdy słyszę język czeski, uśmiecham się. Ale zaraz potem przypominam sobie jakie diabelstwo w tym języku stworzył Master’s Hammer i nabieram do nich jeszcze większego szacunku.


Posiadam wydanie Qsmose Productions. Wznowienie z 2009 roku. Numer katalogowy OPCD 031.




  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz