poniedziałek, 25 lipca 2016

Kanie na Warmii, czyli bogactwo naszej sceny.


Są takie rzeczy, które poznane w młodości lub dzieciństwie, zostają z nami do końca życia. Piosenka, smak, zapach, widok czy książka bądź jej fragment. Osobiście mam takich rzeczy kilka a jedną z nich jest smak usmażonej kani. Pamiętam, gdy byłem gówniarzem, jeździliśmy z rodzicami na wakacje nad Jezioro Charzykowskie (okolice Chojnic) i tam grzybów było sporo. Nasza rodzina do wytrawnych i zapalonych zbieraczy nigdy nie należała, ale takowych było wokoło mnóstwo i zawsze podzielili się zbiorami. Tak poznałem smażoną kanię. Pamiętam ją na świeżym chlebie i wierzcie mi – do tej pory czuję ten smak. Minęło wiele lat, ubogich w kanie, w zasadzie bez nich. Nie było warunków, okazji, możliwości. Zbieraczem też nigdy nie zostałem. Jakoś bez nich żyłem. 

Ostatni weekend spędziłem u lubej w Olsztynie. Tam, w okolicznych lasach, grzybów tyle co ruskich w Berlinie w czterdziestym piątym. Postanowiliśmy się wybrać i zapolować na tę moją mityczną kanię. Spacer sam w sobie był miły, bo okoliczności przyrody piękne, co możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu. 


Jezioro Pluszne


Były i grzyby. Niestety, nie powiem Wam jakie, bo jestem kompletnym laikiem, w każdym razie nie kanie. To jednak nie ma większego znaczenia, bo podczas tego grzybobrania tak sobie myślałem sporo o muzyce a w szczególności o polskiej scenie. W pełni sens tych przemyśleń dotarł do mnie już w domu, gdy pałaszowałem te wszystkie „nie kanie” przyrządzone przez moją Martę. Pewnie to wszystko będzie dość banalne, ale uświadomiłem sobie, że te wszystkie przeciętniaki są naprawdę smaczne i nie zawsze to czego szukamy tak uparcie, musi być tak ważne, by przysłaniało nam teoretycznie mniej istotne rzeczy. Odniosłem sobie to do naszej rodzimej sceny bo od jakiegoś czasu w moich oczach przeżywa ona bardzo dobry okres. Nie są to może wybitne zespoły, choć niektóre w przyszłości jak najbardziej mogą być, ale bardzo mocne i z solidnymi podstawami. Wystarczy się dobrze rozejrzeć, nie będąc skupionym tylko na tym, co najbardziej oczywiste. Niech tymi naszymi mitycznymi kaniami i ich smakiem z młodości pozostaną legendy takie jak KAT, Vader, Imperator. Takich już pewnie nie znajdziemy. Ale niesamowicie smaczne są także te wszystkie podgrzybki, zajączki czy jak te pieroństwa się zowią. Mam tu na myśli In Twilight's Embrace, The Dead Goats, Dagorath, Dormant Ordeal, Ulcer, Ragehammer, Odour of Death, Defying... Zauważcie, że to tylko zespoły, które wydały materiały w tym roku. I to jakie materiały! Ależ nam obrodził ten 2016! 

Jakiś czas temu krążyła po sieci mapka z ilością kapel metalowych przypadających na jednego mieszkańca w krajach europejskich. Nie byliśmy ilościowo na czele, ale kogo to martwi przy takiej jakości? Nie ma miesiąca w tym roku bez bardzo ciekawego wydawnictwa, co za cudowne czasy!

Finalnie udało nam się dwie kanie znaleźć. Usmażona była oczywiście bardzo smaczna i smakowała dokładnie tak jak pamiętałem. 

P.S. chyba jestem zdrowo porypany, jeśli podczas zbierania grzybów myślę o muzyce ;)


Część tegorocznych zbiorów

2 komentarze:

  1. Nawiązując do ostatniego zdania podkreślam, że spożywane przez autora grzyby nie zawierały nie zawierały psylocybiny ;) a tak poważnie: jak zwykle udana metaforyka! :) i ważna pointa :*

    OdpowiedzUsuń
  2. pieron wie czego tam dosypałaś ;)

    OdpowiedzUsuń