sobota, 9 lipca 2016

Bon.


Siedemdziesiąt lat temu urodził się człowiek, który bardzo chciał być gwiazdą rock'n'rolla. Udało mu się. Człowiek, który pędził autostradą w jednym kierunku. Do piekła. Nie ukrywał tego. Dotarł tam za wcześnie, ale to też mu się udało. Siedzi pewnie teraz z butelką ulubionego Jacka Danielsa i śmieje się z nas wszystkich. Bo żył jak chciał. Nie szedł na kompromisy, nie kalkulował, po prostu żył. To dzisiaj zapomniane słowo a w szczególności jego znaczenie. To był facet, który nie ściemniał, facet, który walił prosto z mostu. I czy to się komuś podoba czy nie, był szczery wobec siebie. 

Siedemdziesiąt lat temu urodził się człowiek, który był zagubiony. Samotny i niezrozumiany. Jego życie było pasmem imprez i zabawy ale to tylko była ucieczka. Ucieczka od rzeczywistości, która go przerażała. Muzyka, alkohol, imprezy i dziewczyny. Zapomnienie i odcięcie się. Było w nim coś bardzo, do cna, romantycznego. To nie był jego Świat, nie jego rzeczywistość. W tej skorupie szalonego rock'n'rollowca krył się wrażliwy człowiek. Zdolny do miłości, wzruszeń i uczuć. Człowiek, który wiedział, że jest postacią tragiczną, że jego życie to krótki wariacki sprint w jednym kierunku. Pomimo tego żył. Śpiewał i pisał. 

I to jak pisał! Highway to hell, Ride on i dziesiątki innych utworów...Dzięki jego wrażliwości, dzięki temu chaosowi wewnętrznemu, możemy się nimi zachwycać do dziś. 

Siedemdziesiąt lat temu urodził się wielki frontman i wokalista. Człowiek, który już w dzieciństwie miał plan. Będzie gwiazdą. Udało mu się dopiero pod koniec życia. Ale zrobił to. Jego tragiczna śmierć była i jest wielką stratą dla muzyki, ale czy tego chcemy czy nie – tylko umocniła legendę. Zagubionego, niezrozumianego dzieciaka w stroju groźnego rock'n'rollowca. 

Dla mnie osobiście to największy wokalista jaki chodził po tej ziemi. Człowiek, który do dziś powoduje, że mam gęsią skórkę i palpiatacje serca. To jeden z tych ludzi, którzy ukształtowali mnie muzycznie i dali tysiące powodów do radości. Cholerny Australijczyk, który sprawił, że pokochałem rock'n'rolla.

Nigdy nie oceniałem i nie będę oceniał jego życia, tego jak się prowadził. To jego sprawa. Ważne, że żył tak jak chciał. I kiedyś, kto wie, może zobaczę go przy drodze z kciukiem w górze czekającego na okazję? 

Dziękuję Bon. 

Ride on!


Ronald Belford "Bon" Scott. 09.07.1946 - 19.02.1980.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz