poniedziałek, 25 lipca 2016

Kanie na Warmii, czyli bogactwo naszej sceny.


Są takie rzeczy, które poznane w młodości lub dzieciństwie, zostają z nami do końca życia. Piosenka, smak, zapach, widok czy książka bądź jej fragment. Osobiście mam takich rzeczy kilka a jedną z nich jest smak usmażonej kani. Pamiętam, gdy byłem gówniarzem, jeździliśmy z rodzicami na wakacje nad Jezioro Charzykowskie (okolice Chojnic) i tam grzybów było sporo. Nasza rodzina do wytrawnych i zapalonych zbieraczy nigdy nie należała, ale takowych było wokoło mnóstwo i zawsze podzielili się zbiorami. Tak poznałem smażoną kanię. Pamiętam ją na świeżym chlebie i wierzcie mi – do tej pory czuję ten smak. Minęło wiele lat, ubogich w kanie, w zasadzie bez nich. Nie było warunków, okazji, możliwości. Zbieraczem też nigdy nie zostałem. Jakoś bez nich żyłem. 

czwartek, 21 lipca 2016

Master's Hammer, czyli Karel Gott black metalu.


Czechosłowacja. Knedliczki, Karel Gott, Helena Vondrackova, Sąsiedzi, Krecik i hokej. Pierwszy kraj, którego granicę przekroczyłem. Zieloną, bo zieloną, ale jednak. Wychowywałem się na południu Polski i u nas południowych sąsiadów się lubiło. Mnie, dzieciakowi, kojarzyli się głównie z bajkami, które bardzo lubiłem. Czechy. Piwo, knedliczki, piwo, hokej, piwo i…czescy metale! Tak, swego czasu było o nich głośno za sprawą charakterystycznego wyglądu (fryzury) i obuwia, które rzekomo nosili (sandały). Rzekomo, bo tak naprawdę na początku lat dziewięćdziesiątych nie widziałem chyba żadnego czeskiego metala. Ale śmialiśmy się wszyscy. Jeśli chodzi o muzykę, Czechy to raczej był obiekt drwin niż uwielbienia. Nie znaliśmy żadnego zespołu stamtąd, nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że może tam jakiś istnieć. Czemu? To proste. Język! Nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, że ktoś władający tak zabawnym i wzbudzającym u nas salwy śmiechu językiem, mógłby grać metal. Przez długi czas wyobrażenie kogoś wykonującego death czy black metal po czesku uruchamiało lawinę śmiechu. 

A potem poznałem Krabathor i Master’s Hammer.

wtorek, 19 lipca 2016

Pięćdziesiąt.


Pięćdziesiąt. Brzmi poważnie. Pięćdziesiąt tekstów na blogu dla mnie brzmi bardzo poważnie, choć nie wszystkie teksty są poważne. Kiedy w moim skrzywionym umyśle zakiełkowała myśl o prowadzeniu bloga, nie myślałem nawet, że dotrę do tak poważnej liczby. W każdym razie nie z takim zapałem i samozaparciem. I nie w takim czasie. Nie sama liczba cieszy najbardziej, tylko to, że wciąż mi się chce i wciąż sprawia mi to radość. Odkąd zacząłem publikować te swoje wynaturzenia, zyskałem sławę i pieniądze, zapraszają mnie na salony a pod moim blokiem codziennie gromadzą się fani. A tak poważnie – faktycznie moje życie się zmieniło. Można powiedzieć, że zostało podporządkowane pewnemu rytmowi. Najpierw muszę wybrać płytę, o której chcę napisać. To najtrudniejszy etap. Jak wiecie, nie piszę stricte o muzyce, tylko raczej o uczuciach jakie wzbudza. Nie mogę więc tak po prostu wybrać pierwszej lepszej z półki, muszę mieć tę mityczną wenę. Potem trzeba to opisać, ale to już dużo prostsze – ze mną zawsze tak było, że jak już wiedziałem, co chcę napisać, to samo pisanie szło jak z bicza strzelił. No i etap ostatni – zamieszczenie tekstu. Korekta, zrobienie zdjęć itd. – ten etap zajmuje zawsze najwięcej czasu. I tak w zasadzie w kółko, bo jak tylko jeden post pojawi się na stronie, ja już myślę o następnym. Ale lubię to, żyję muzyką od lat więc dodatkowe chwile spędzone z nią w mojej głowie są przyjemne.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Taakeferd, czyli Unholy Black Metal.


„Nie mogę spać. Mija już czwarta godzina naznaczona potem na czole i wirem w głowie. Na ścianach tańczą cienie. Chwilę temu były w mojej głowie, teraz rozpełzły się po całym domu. Tulą się do mnie choć je odpycham. Tańcząc na starych ścianach mego domu, układają się w obrazy. Wciąż widzę ten wielki stos i słyszę jej krzyk. Ogień szybko go uciszył, ale ja nie zapomnę. Banda religijnych opętańców nazwała ją czarownicą… Jej już nie ma, zostałem ja wśród ciszy nocy, tysiąca zmierzchów i tysiąca świtów, których nie chcę obejrzeć. Ta październikowa noc nie chce się skończyć. Wilgoć oblepiła deski ścian a trupi księżyc świeci dziś wyjątkowo blado. Nie chcę patrzeć mu w oczy, ale coś mnie zmusza… Wstaję i zupełnie bezwiednie, idę do drzwi. Wychodząc na zewnątrz czuję ostry chłód nocy, wgryzający się w każdy zakamarek ciała. Zatapiam się w las, spowity gęstą mgłą. Ona nie jest z tego Świata, jest ciepła i przyjemna choć zarazem niepokojąca. Nie zwracam jednak na to uwagi, idę naprzód, w nieznane, choć doskonale wiem gdzie chcę dotrzeć. Docieram do traktu, którym idą. Długi szereg milczących postaci w czarnych kapturach. Nie widzę ich twarzy, nie znam ich, nie wiem dlaczego tu są. Wiem jednak, że od tej nocy będą moją rodziną. Pochód we mgle, to wszystko co mi pozostało. Nie wiem dokąd zmierzają ale wiem, że tylko oni doprowadzą mnie do Niego. A On pomoże mi dokonać zemsty.”

sobota, 16 lipca 2016

A gdyby tak...

Szósty czerwca 1992 roku, Bergen. Ktoś podkłada ogień pod kościół Fantoft, którego nie udaje się uratować. Zostają zgliszcza. Iskra pada na podatny grunt. Następne płoną Ormoya, Skjold, kaplica w Holmenkollen, Hauketo, Asane i wiele innych… Łuna nad Norwegią robi się coraz jaśniejsza – chciałoby się wręcz rzec – A Blaze In the Norhtern Sky* w praktyce. Po jakimś czasie ogień rozprzestrzenia się i na Szwecję. Skandynawia podnosi głowę a cały Świat w przerażeniu obserwuje te wypadki. Są jednak ludzie, którzy widzą w tym jakąś dziejową sprawiedliwość, próbę walki z czymś, co niewoli ten kontynent od setek lat. I w duchu kibicują skandynawskiej młodzieży. 

Takim kimś byłem ja. Oczywiście, gdy to wszystko się zaczęło nie miałem pojęcia, że gdzieś tam na północy płoną kościoły. To nie był jednak bardzo krótki okres i w pewnym momencie te wieści dotarły. I padły na podatny grunt – prosto do umysłu młodego buntownika, świeżo upieczonego adepta black metalu i bluźnierstwa. Każdy kolejny spalony kościół był jak wygrana bitwa, każdy wsadzony do więzienia Norweg czy Szwed, jak męczennik. To była wojna, bardzo źle przygotowana, spontaniczna i bez szans na wygraną, ale wojna. Przynajmniej w moich oczach. 

środa, 13 lipca 2016

Piwnica w Bergen, czyli Dagorath.


Kilka dni temu wybrałem się z awizo w ręku na pocztę. To czynność u mnie częsta, bo niestety w godzinach doręczeń przesyłek, przebywam w pracy. Na szczęście urząd blisko, w zasadzie mógłbym iść w kapciach. Gdybym nosił kapcie. Na poczcie norma – spore grono starszych ludzi, którzy nigdy nie mogą dotrzeć tam w godzinach, gdy reszta narodu pracuje. No i te stosy rachunków! Ale nic to, dzielnie odczekałem swoje i wreszcie odbieram przesyłkę z jedną płytą w środku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie opuszczam poczty sam. Szli za mną Ihsahn, Samoth, Fenriz , Satyr i Infernus. I kilkunastu innych Norwegów w wieku młodzieńczym. Dziarsko wszyscy weszliśmy na to moje czwarte piętro i po chwili, gdy pierwsze dźwięki Dagorath wypełniły mieszkanie, rozpoczęła się impreza. Panowie zaczęli hasać jak młode wilki, rozbijając się po ciasnej kawalerce i nieustannie kręcąc młynki piórami. Ktoś strącił butelkę, ktoś zachlapał mi łazienkę farbkami, niechybnie nakładając w pośpiechu corpsepaint, ktoś inny w szale bojowym skopał telewizor. Z półek z płytami na tych szalejących młodziaków spoglądały ich późniejsze wcielenia, pewnie z lekkim zażenowaniem ale też wstydem, że w nich już nie ma tego młodzieńczego wigoru i bezkompromisowości. Nemesis Divina zaczęła tęsknie spoglądać na Dark Medieval Times a At the Heart of Winter rzucał zamglone spojrzenie Pure Holocaust. Na sąsiedniej półce In the Nightside Eclipse radośnie podskakiwał słysząc wokalistę Dagorath a tuż obok Under a Funeral Moon wraz z Pentagram wywijali koziołki. Dwadzieścia pięć minut piekielnej zabawy. Ja potulnie schowałem się w kącie zachwycony widowiskiem i tym co słyszę. Gdy skończył się piąty, ostatni utwór (cover Gorgoroth), panowie grzecznie usiedli i poprosili o herbatę. Pomyślałem, że mi też się przyda. Zaparzyłem i zaproponowałem im powtórkę. Ochoczo przystali na propozycję i tym sposobem wcisnąłem „play” po raz drugi. A potem jeszcze raz i jeszcze raz. 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Sznur w dłoń, czyli Odour of Death.


„Cichy, chłodny las...ostatnia droga pod moimi stopami. Czuję dotyk powietrza na zmęczonej twarzy, wśród splątanych włosów. Idę. Nie ma innej drogi, a nawet jeśli jest, to nie jest mi potrzebna. Noc gęsta jak kłębowisko węży powoli oblepia mnie coraz mocniej...Wreszcie jestem, ten konar to mój ostatni wzlot. Sznur już czeka, wyciągam nóż...”

sobota, 9 lipca 2016

Bon.


Siedemdziesiąt lat temu urodził się człowiek, który bardzo chciał być gwiazdą rock'n'rolla. Udało mu się. Człowiek, który pędził autostradą w jednym kierunku. Do piekła. Nie ukrywał tego. Dotarł tam za wcześnie, ale to też mu się udało. Siedzi pewnie teraz z butelką ulubionego Jacka Danielsa i śmieje się z nas wszystkich. Bo żył jak chciał. Nie szedł na kompromisy, nie kalkulował, po prostu żył. To dzisiaj zapomniane słowo a w szczególności jego znaczenie. To był facet, który nie ściemniał, facet, który walił prosto z mostu. I czy to się komuś podoba czy nie, był szczery wobec siebie. 

czwartek, 7 lipca 2016

Iron Maiden, czyli recenzje stworzone z komentarzy (część druga).

Na kilka tygodni przed polskim koncertem Iron Maiden, rozpocząłem na fejsbukowym fanpejdżu bloga, podróż przez twórczość Anglików. W komentarzach wyrażaliście zdanie o poszczególnych płytach. Dziś część druga podsumowania. Tutaj znajdziecie pierwszą. Kursywą moje krótkie opinie.


środa, 6 lipca 2016

Iron Maiden, czyli recenzje stworzone z komentarzy (część pierwsza).

Na kilka tygodni przed polskim koncertem Iron Maiden, rozpocząłem na fejsbukowym fanpejdżu bloga, podróż przez twórczość Anglików. W komentarzach wyrażaliście swoje zdanie o poszczególnych płytach. Nadszedł czas zebrania wszystkiego do kupy. Dziś część pierwsza. Kursywą moje krótkie opinie. 


wtorek, 5 lipca 2016

Moja Umierająca Panna Młoda, czyli o rozwodzie słów kilka.


Sporo już tu o mojej przeszłości muzycznej napisałem. Był death metal, thrash metal, black. Był heavy a nawet hard rock. Nie było jednak jeszcze jednego gatunku, który wtedy, gdy poznawałem metalowy Świat, był przez pewien okres ważny. Mowa o doom metalu. Dwa zespoły, które były dla mnie bardzo ważne, oba angielskie – Anathema i My Dying Bride (jeśli komuś ciśnie się automatycznie na usta Paradise Lost – ok, ale zaznaczam – dla mnie to nie był w tamtym okresie zespół doom metalowy). Lubiłem ten smutek i melancholię. Te piękne, rzewne melodie, zawodzące wokale i przygnębiające teksty. W przypadku My Dying Bride był jeszcze ten mroczny ciężar walca przetaczającego się po twoim ciele z rozkoszą sadysty. „As the Flower Withers” i „Turn Loose the Swans” to były właśnie takie albumy. Ciężko było się podnieść po przesłuchaniu ale chciało się wracać. Szczególnie do “Turn Loose the Swans”. Ten album wspominam najlepiej i uważam za najlepsze dzieło Anglików. Co za klimat! Kawałek „The Crown of sympathy” to absolutny top doom metalu. Kolejny album, czyli “The Angel and the Dark River” lubiłem, ale to już nie było to samo. Walec zniknął, ciężar prysł. Panowie dryfowali w stronę coraz lżejszych brzmień a ja z prędkością światła zasuwałem w stronę mocy, agresji, szaleństwa i opętania. Nasze drogi musiały się rozejść. Liznąłem jeszcze „Like the Gods of the Sun” i na tym koniec. Wiedziałem, że tworzą, że istnieją i koncertują. Czasami coś gdzieś usłyszałem ale to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że rozwód był decyzją dobrą. W ten sposób ominęło mnie (co policzyłem dopiero kilka dni temu) osiem albumów Anglików! Sporo, więc jeśli coś wartościowego przegapiłem, to dajcie znać. Jednak żyję, więc jak widać da się. 

piątek, 1 lipca 2016

Matka Północ, czyli hymn nad hymny.


„Nie jestem tu sam. Jest nas wielu. Bracia i siostry, matki, ojcowie, dzieci i dziadkowie. Z jednej ziemi, z jednego korzenia potężnego drzewa życia. Jego gałęzie chroniły nas przez wieki, tuliły jak matczyne ramiona. Teraz, dzisiaj, gdy stoję na nagim wzgórzu i patrzę na tę majestatyczną krainę, przepełnia mnie strach. Nie czuję już ciepła tych ramion, nie widzę jej oblicza, nie słyszę śpiewu jej porannego i wieczornego szeptu. Jakby zniknęła. Zostawiła nas. Nasze domy już nie są schronieniem, nasze łoża straciły wygodę i zdają się płonąć – odchodzą jak długie łodzie, w ostatniej drodze towarzyszące przodkom. A przecież to nie pora umierać. Gdzie nasza ziemia, jej plony i bujne ogrody? Gdzie nasza wolność i żagla cień na spienionym morzu? Gdzie dawna duma i ideały? Mroźny wiatr smaga zniszczoną twarz jednookiego starca, który widział wiele i słyszał jeszcze więcej. Nawet jednak on nie wie, bo nie wie nikt. Nikt poza naszą matką, jej jednak nie ma. Patrzę w dal i widzę mgliste niebo nad cichymi zatokami. Niegdyś radowałem się tym widokiem, teraz napawa mnie grozą. Czuję, że nadchodzi kres. Kres tej ziemi takiej, jaką ją znamy. Ale nie jestem tu sam i nie tylko mnie on dosięgnie. Jest nas wielu. Bracia i siostry, matki, ojcowie, dzieci i dziadkowie. Z jednej ziemi, z jednego korzenia, z jednej Matki. Imię jej – Północ.”