niedziela, 26 czerwca 2016

Zwariowany Świat, czyli lata młodości.

Niedawno pisałem o objawieniu, jakiego doznałem pod koniec magicznych lat osiemdziesiątych za sprawą nieśmiertelnego hitu „The Final Countdown” (o tym tutaj). To był impuls by porzucić dotychczasowych idoli i szukać nowych. W tamtych czasach szukanie proste nie było – brak Internetu, koledzy rówieśnicy też dopiero wchodzili w te klimaty. Nie do końca niestety pamiętam jakim cudem odkryłem Scorpions. Inaczej – jak ich poznałem, bo bardzo możliwe, że odkrył ich któryś z kolegów. Mniejsza o detale, pamiętam, że wszedłem w posiadanie pirackiej kasety „Crazy World” i choć okładka jest jasna, ta nieodparcie kojarzy mi się z ciemnym fioletem (pirackie wydania bywały dziwne). Scorpions wydali tę płytę w 1990 roku, więc mniej więcej wiemy, w jakim okresie czasowym się znajdujemy (wierzcie mi, czasami sam się w tym gubię – pamięć już nie ta). Miałem jeszcze jakieś dwa lata do poznania „Master of Puppets” (a stało się to tak), które wypełnione były hard rockiem. Wiecie, niezobowiązujący seks, narkotyki, alkohol i imprezy do rana ;) A tak poważnie, to słuchałem, słuchałem i słuchałem. Scorpions byli wtedy najważniejsi, jednak tylko do momentu poznania AC/DC. „Crazy World” jest jednak płytą, którą pamiętam najlepiej z tamtego okresu. Kiedy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest, znajduje tylko jedno wyjaśnienie – bo jest doskonała! Dyskografia zespołu jest bardzo bogata ale to chyba jedyny ich album na którym podoba mi się każdy utwór. Nawet ten zgrany do granic możliwości „Wind of change”. Pamiętam wrażenie jakie zrobił na mnie otwierający płytę „Tease me, please me”, szaleństwo przy „Kicks after six” czy „Restless nights”. Do tego świetne hard rockowe „Lust or love” czy „Hit between the eyes” no i ballady – “Send me an angel” I wspomniany już “Wind…”. Dla gówniarza, który właśnie poznawał możliwości gitar i perkusji (ten gówniarz, tylko trochę starszy poznaje je do dziś) ta płyta była jak biblia. Tyle się tam działo!


Po wielu, wielu latach, podczas jednej z wizyt w Empiku, zobaczyłem tę płytę na półce. Kupiłem. Wracałem do domu lekko podniecony ale też troszkę przestraszony. Nie wiedziałem jak zareaguję, czy nadal to będzie takie dobre. Czy nie zepsuję sobie wspomnień i sentymentu. Wróciłem, odpaliłem i pierwsze dźwięki „Tease me…” rozwiały wszelkie wątpliwości. Uśmiech od ucha do ucha, nóżka sama zaczyna tupać a w oku kręci się łza. Dla takich momentów warto żyć!


Posiadam wydanie Mercury Records, numer katalogowy 846 908-2.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz