niedziela, 19 czerwca 2016

Końcowe Odliczanie, czyli początek wszystkiego.


Dziś sobie znowu powspominamy. Już na wstępie pragnę ostrzec co bardziej ortodoksyjnych i zatwardziałych metalowców – tekst zawiera treści drastyczne i takie, które mogą spowodować zawał lub niekontrolowany napad szału. Czytacie na własną odpowiedzialność. 

Pewnie ciężko to sobie wyobrazić, ale pierwszymi bohaterami mojej młodości nie był ani Slayer, ani Deicide ani nawet AC/DC. Nawet mi, po tylu latach słuchania metalu, ciężko to sobie uświadomić. Ale taka jest prawda i się jej nie wstydzę. Pod koniec lat osiemdziesiątych, moimi idolami byli wykonawcy tacy jak Jason Donovan, Sandra i Shakin Stevens. Pierwsza dwójka to najzwyklejszy pop, ale Shakin miał mocne inklinacje rock'n'rollowe a to już prawie tak jakbym wtedy słuchał Motorhead. Prawie. Tak, wiem, robi różnicę. Pamiętam, że posiadałem walkmena, kilka kaset wyżej wymienionych bogów muzyki, czarną deskorolkę i czułem się królem Świata. Nie pamiętam, kogo z tej trójki lubiłem najbardziej, choć patrząc na samą aparycję, to pewnie Sandrę ;) Nie ma to jednak większego znaczenia, bo w pewnym momencie tego królewskiego życia usłyszałem coś, co odmieniło moją egzystencję. Hitem w radio stał się wtedy utwór szwedzkiego Europe. Co najlepsze, ten numer nadal jest hitem radiowym. Mowa oczywiście o „The Final Countdown”. Najbardziej znany utwór tego zespołu, największy hit a zarazem największe przekleństwo. Ale o tym za chwilę. Usłyszałem go i to był ten moment kiedy uświadomiłem sobie, że gitara to zajebisty instrument. Że rock'n'roll Shakina to przy tym jak kołysanka śpiewana przez babcię a zawodzenie Sandry o Hiroshimie jak pieśń żałobna na dziewiętnastowiecznym pogrzebie. No i się zaczęło...Krótko potem pojawili się Scorpions i AC/DC. A potem to już poszło z górki...


Styl i szyk czyli Europe w 1988 roku


Europe. Zespół niegdyś wielki, zapełniający stadiony, jeżdżący na wielkie trasy koncertowe po całym Świecie. Przepustką do tego wszystkiego była wydana w 1986 roku płyta „The Final Countdown”, której tytułowy utwór stał się mega hitem. Wywindował zespół na najwyższy poziom, zarazem jednak stał się przyczyną problemów. To kawałek prosty, chwytliwy, taki do nucenia przez każdego. Praktycznie wszyscy go znają, niezależnie od tego czego słuchają na co dzień. I to właśnie ta jego chwytliwość, podchwycona przez stacje radiowe całego Świata, stała się przekleństwem. Ludzie kojarzą ich tylko i wyłącznie z tym numerem, co jest wielką krzywdą dla zespołu, bo nagrał sporo lepszych rzeczy. Płyty takie jak „Out of this World” czy „Prisoners in Paradise” to solidne hard rockowe granie, że już nie wspomnę o „Wings of Tomorrow”, który poprzedzał „The Final Countdown”. Pewnie, można się naśmiewać z tapirowanych fryzur, romantycznych ballad czy wręcz pościelówek ale tak się wtedy grało rocka. To, poniekąd, był czar i urok lat osiemdziesiątych. Piszczące dziewczyny, gołe klaty i podarte obcisłe gacie. Pełne stadiony. Wielkie trasy koncertowe, morze alkoholu i status mega gwiazdy w każdym zakątku globu. Miało to swój urok. Blask Europe w pewnym momencie zgasł, ale panowie nadal grają, wydają płyty i choć nie jest to już tak dobre jak kiedyś, chwała im za to. Dla mnie Europe zawsze będzie zajmował specjalne miejsce w sercu. Do tej pory słysząc „The Final Countdown” (dziękuję polskim stacjom radiowym!) uśmiecham się pod nosem i oczywiście sobie nucę. Bo jak tego nie nucić? 

Posiadam wznowienie z 2001 roku. Epic Records, numer katalogowy 504492 2. 








The Final Countdown na Discogs:

8 komentarzy:

  1. Abolutnie mam taki sam sentyment do Europe, na mnie rowniez odcinsnęli silne piętno (jak i muzyka puszczana mi przez tatę "do kolyski", jak King Crimson, Led Zeppelin). Powiem w skrocie: uwazam, ze kto sie dzis zarzeka się, ze "Europe" jest "fuj" w tamtych czasach sluchal New Kids on the Block :P

    OdpowiedzUsuń
  2. uhuhuhu, mocne słowa :) swoją drogą, New Kids byli całkiem nieźli ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, wiem.... "powazni metalowcy" urodzili sie juz w t-shircie z pentagramem lub kozią czachą. I z dlugimi wlosami... pod pachami tez. Kupa smiechu :D kto sie przyzna ze sluchal kiedys czegos lzejszego..., przeciez to im poszarga PR!. bardzo mi sie podoba ukazywanie przez Ciebie muzycznej ewolucji, korzeni, wplywow. Inne podejscie to hipokryzja :) co do NKOTB specjalnie dla Ciebie nagram plyte do samochodu ;) buziak bejbe

    OdpowiedzUsuń
  4. tak tak, nagraj. posłuchamy sobie w drodze na IM :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mówisz i masz ;)
    Ps. Zapomnialam wspomniec o czarnym smoczku i kolysce jak dziecka Rosemary tych, co NIGDY nie odczuwali entuzjazmu przy "Final Countdown" ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętam, że miałem ten album na kasecie, nieodłączny walkman, podobnie jak Ty byłem fanem popu wtedy Michael Jackson ale i rocka spod znaku Queen. Kasetę "The Final Countdown" katowałem będą z rodzicami na jakichś wczasach, pewnie w okolicach 1988 czy 1988 roku. Do dziś moim ulubionym utworem z tej płyty jest "Rock the Night" z tymi muzycznymi interwałami przed szaleńczym solem gitary. W zbiorach też był "Prisoners in Paradise" ale później jakoś zespół znikł z mojego radaru gdy ja coraz bardziej pogrążałem się w barwnym świecie rocka progresywnego. Europe, sztandarowy przedstawiciel Hair Metalu, dobrze, że nadal grają i jak piszesz, szkoda, że utwór który przyniósł im światową sławę stał się także ich kulą u nogi. Ale jakiż to dobry utwór (byle w wersji płytowej, tej dłuższej niż radio edit).

    OdpowiedzUsuń
  7. Marta - w takim razie zapowiada się wesoła podróż :) Adam - Rock the night jest świetny. Teledysk do niego też bardzo lubię, dobrze oddaje klimat lat osiemdziesiątych.

    OdpowiedzUsuń