piątek, 10 czerwca 2016

Kawaleria z piekła rodem, czyli dziki ogień.


„Ci, którzy przeżyli tamte dni, trwożnie wspominają czarne niebo, które pochłonęło Słońce i biel chmur. Wciąż trzęsą się ze strachu opowiadając o ogromnym wichrze, który zerwał się znienacka i zaatakował wszystkie żyjące istoty, łamiąc drzewa i zrywając dachy. Do tej pory pamiętają dźwięk pękającej ziemi, głośny jak tysiące trąb. Wciąż przed oczami mają dym i wyłaniające się z niego postaci jeźdźców. Niekończące się szeregi mrocznych istot odzianych w czarne, postrzępione szaty. Tysiące pobłyskujących w światłach łuny, która rozkwitła na horyzoncie, kos. Rdzawych, poszczerbionych, ze śladami krwi. Ich straszliwe rumaki, toczące pianę z pysków i wydające z siebie odgłosy bestii. Gdy już wszyscy opuścili otchłań, ruszyli galopem przez równiny, a dziki ogień podążał za nimi. Ci, którzy widzieli ten rajd, wspominają odór śmierci i siarki, który unosił się jeszcze wiele dni po przejeździe czarnej kawalkady. Jeźdźcy z piekła rodem niszczyli wszystko na swojej drodze, tnąc i paląc każde dzieło człowieka. Ich konie tratowały wszystko, co wykazywało się choćby odrobiną woli życia. Czarne niebo posuwało się wraz z nimi niosąc mrok podmuchami potężnego wichru. Świadkowie wspominają, że ten apokaliptyczny rajd trwał niecałą godzinę, choć wydawało im się, że trwa już wieki. Pozostała po nim spalona ziemia i tysiące trupów. Jeźdźcy zniknęli tak nagle, jak się pojawili. Niebo rozjaśniło się a wicher zniknął. Co odważniejsi, którzy podeszli bliżej tej piekielnej kawalerii, twierdzą, że na czele czarnych zastępów, na wielkim rumaku, pędził straszliwy szkielet, odziany w łachmany. Dzierżył on ogromny sztandar i cały pokryty był ogniem. Ludzie mówią, że imię jego Niszczyciel. Symbol jego 666.”


Destroyer 666 i jego najnowsze dzieło „Wildfire” zdrowo kopie po tyłku.



Posiadam standardowe wydanie. Season of Mist, numer katalogowy SOM 373.





Wildfire na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz