środa, 15 czerwca 2016

Good morning Vietnam, czyli skaczemy na minach!

„Kolejny patrol. Znowu leje. Już szósty dzień. Szlag by to trafił, co za parszywy kraj. Błoto jest wszędzie. Brniemy w nim po kostki, przemoczeni, brudni. Pająki, węże i inne jadowite cholerstwa, których nazw nawet nie znamy. Co za parszywy kraj! Okolica wydaje się spokojna, ale w każdej chwili zza drzewa może wyskoczyć żółtek. Oni są wszędzie. Nawet pod ziemią. Czujemy się tu jak Mięso Armatnie. Okolica wydaje się spokojna, nawet nasz wywiad twierdzi, że dziś powinno być cicho. Ale co oni wiedzą! Kilka dni temu weszliśmy do pobliskiej wioski. Też miało być spokojnie, bo wg tych mądrali wioska nie sprzyjała Vietcongowi. A jednak. Kilku wieśniaków zaczęło uciekać na nasz widok. Kilku innych sięgnęło po kałasznikowy. Otworzyliśmy ogień. Padali jak muchy. Strzelaliśmy bez opamiętania, nasze M-16 były już gorące do czerwoności. Wybiliśmy wszystkich, matki, dzieci, starców. W chwilach takich jak ta nikt nie myśli o litości dla nikogo. Tu nawet mała dziewczynka może podejść do Ciebie z koszykiem owoców w którym jest granat. Tu wojna jest w każdym i wszędzie. Tu Ja Jestem Wojną a mój karabin jej głosem. Już mieliśmy wracać, gdy z pobliskich wzgórz zaczęły padać strzały. Cholerny Charlie! Ktoś zdołał zbiec i wezwać swoich na pomoc. Szybka łączność i w naszym kierunku lecą myśliwce szturmowe. Podajemy koordynaty i po chwili wzgórza zamieniają się w kulę ognia. Napalm o poranku. Zapach zwycięstwa! Wracamy. Nikt nic nie mówi, bo i o czym tu mówić. W tej zapomnianej przez Boga krainie takie obrazki to codzienność. Ktoś powiedziałby że to Ludobójstwo. Pieprzyć jego i wszystkich pacyfistów! Albo my albo żółtki. Nie ma innej opcji, remis nie wchodzi w grę. Nagle wybuch na czele naszej kolumny. Mina. Pieprzona, prymitywna, ruska mina. Kolejny kolega został Skoczkiem. W najlepszym wypadku straci nogę, w najgorszym wróci do domu w metalowym pudle. Tamtego dnia udało nam się jednak dotrzeć do bazy bez kolejnych strat. Czy dziś też się uda? Ile jeszcze tego piekła? Kiedy wreszcie wrócimy do domu? Gdzieś w oddali słychać śmigłowce, odgłosy strzałów. Szlag trafił spokojny dzień!”


Sodom

Nie od dziś wiadomo, że lider niemieckiego Sodom, Tom Angelripper, ma bzika na punkcie wojny w Wietnamie. Na każdym albumie tego kultowego zespołu było choć nawiązanie do konfliktu z lat siedemdziesiątych. Aż ukazała się płyta „M-16”. To album koncepcyjny, w całości poświęcony „rock'n'rollowej wojnie”. Tytuł, okładka, teksty, zdjęcia – Wietnam, Wietnam, Wietnam. Dla mnie to wspaniała sprawa, bo w rankingu moich „ulubionych” wojen, ta w Wietnamie zajmuje pierwsze miejsce. Śmigłowce, muzyka, papierosy na hełmach i zapalniczki Zippo. To było to, co zbudowało we mnie tę fajną, romantyczną wizję tego konfliktu. Potem zacząłem o niej czytać, oglądać filmy (te fabularne i te dokumentalne) i trochę tego romantyzmu ubyło, ale nadal widząc sceny nalotu kawalerii powietrznej w Czasie Apokalipsy, gęba mi się śmieje. No i ten zapach napalmu o poranku! Oczywiście, w rzeczywistości to było piekło. Dżungla, wszędzie wróg – czy to dziwka w Sajgonie, mała dziewczynka w wiosce czy żołnierze Vietcongu. Błoto, deszcz, wilgotność, upały, pająki, węże, robactwo. Zmęczenie, brud, parszywe jedzenie, ciągły strach. W końcu, jakbym na to nie patrzył i próbował to w sobie ukryć – była to wojna. A to nic fajnego. Sodom na „M-16” przedstawił wiele jej aspektów, polecam poczytać teksty. Muzycznie to wspaniały thrash metal, pełen mocy i agresji (Cannon fodder!) ale też melodyjnych riffów i spokojniejszych temp (Marines, Napalm in the morning). Dla mnie jedna z najlepszych płyt Sodom a ponieważ teksty zawsze odgrywały dla mnie bardzo ważną rolę – kto wie, może i najlepsza?


Posiadam bardzo ładne wydanie w digipacku – tu rolę okładki pełni kamuflaż. Jest to limitowana edycja, 2001 rok. Steamhammer, numer katalogowy SPV 087-72440.





  
M-16 na Discogs:

2 komentarze: