wtorek, 28 czerwca 2016

Dawnych sztormów moc, czyli celebryta kiedyś.


Nie planowałem tego. Szczerze powiem, że nawet w najbardziej wybujałej fantazji nie potrafiłem sobie wyobrazić, że taki tekst powstanie. Chyba łatwiej byłoby wyimaginować sobie prywatną audiencję u papieża. Ale jednak dzieje się to, właściwie stało, na Waszych oczach. To co za chwilę przeczytacie, może niektórymi wstrząsnąć a zatwardziałych fanów poirytować, dlatego jeśli kochacie bezgranicznie Behemoth, dalej nie czytajcie. Tak, nie pomyliłem się – ten tekst będzie o zespole Nergala. 


Jakiś czas temu, przy okazji tekstu o Czarnych Zastępach (tutaj) pisałem, że nie prędko doczekacie się gdy znowu pochwalę Behemoth (tam biłem pokłony za wspaniały cover Ostatniego Taboru). Okazało się, że długo czekać nie trzeba było, bo kilka słów pozytywnych się tu znajdzie. Zanim jednak do tego dojdzie, muszę sobie ponarzekać i wyjaśnić Wam mój stosunek do zespołu, który jest w tej chwili wielką gwiazdą. Musze to wszystko z siebie wyrzucić i mieć wreszcie spokój. 

Dawno, dawno temu, gdy symbolem zajebistości był wymalowany ryj i jak największy odwrócony krzyż, słuchałem polskiej hordy Behemoth. Panowie spełniali wszelkie wymogi bycia bardzo złymi, ich muzyka również. Byli w awangardzie rodzimej wojny z pozerstwem i chrześcijaństwem. Byli nawet w dobrej komitywie z Robem Darkenem! Co to były za czasy! Nergal biegał po lesie a nie po studiach telewizyjnych a muzyka była dostępna tylko dla wtajemniczonych a nie dla każdej piętnastolatki w Tesco. Groźni wojownicy do sesji zdjęciowych zakładali tony skór i ćwieków a nie futerka, wywiadów udzielali podziemnym zinom a nie kobiecym magazynom. To były czasy mroku i walki, brudnej produkcji i nienawiści. Były. Do czasu albumu Satanica na okładce której Nergalowi na czole wyrósł róg, no chyba że to lód, którym dostał w rzeczone czoło. Popularność rosła, kasa zaczęła płynąć i wszelkie ideały trafił szlag. Ten sam szlag za jednym zamachem trafił też całą moją sympatię dla Behemotha. Nazwijcie mnie staroświeckim prawdziwkiem, ale kiedy chodzi o black metal, to dla mnie nie ma kompromisów. Albo go grasz i godzisz się z tym, że mega gwiazdą nie będziesz, albo nie graj go w ogóle. Tym, którzy zapytają – a co z Norwegią? Przecież też poszli w komercję. Fakt, poszli. Dlatego z nimi też wziąłem rozbrat. A były to tuzy takie jak Satyricon, Dimmu Borgir, Enslaved czy Immortal. Tym bardziej z Behemoth było łatwiej, bo nigdy nie był to zespół bardzo wyróżniający się muzycznie. Zgoda, trzymali solidny poziom ale reszta to pijar. Nergal to zdolny biznesmen, dobrze wyczuwający kierunek wiatru i zmiany w szeroko pojętym metalu. Traktuje swój zespół jako przedsiębiorstwo a to dla mnie jest nie do zaakceptowania pod żadną szerokością geograficzną i pod żadną postacią. Nasz rozwód nikomu nie zaszkodził – Behemoth nadal ma tysiące innych fanów (ach te wszystkie lajki na jutub!) a ja każdego ranka mogę spojrzeć w lustro. Tylko czy Nergal może?

Dobra, ponarzekałem. Teraz będzie miło. W momencie pożegnania z Behemothem pozbyłem się wszelkich wydawnictw tego zespołu. Przez lata kompletnie mi to nie przeszkadzało. Jakiś czas temu podczas wizyty w Olsztynie, u mojej lubej, byliśmy w Empiku. Zauważyłem tam na półce dwie pierwsze płyty. Pomyślałem – a czemu nie, w końcu kiedyś się nimi jarałem, poza tym, to dobre albumy z dobrych czasów. Marta kupiła je w moim imieniu (wiecie, byłem w koszulce jakiegoś Nie Tak Bardzo Złego Zespołu i nie chciałem psuć Nergalowi opinii...albo to ja sobie nie chciałem psuć reputacji?) i wróciły ze mną do Warszawy. Trochę poleżały aż wreszcie nadszedł wiekopomny moment – po prawie 20 latach w moim odtwarzaczu zagościł album Behemoth - „Sventevith (Storming Near the Baltic)” wydany w 1995 roku. Nie wiem ilu dzisiejszych wielkich fanów zespołu go zna, wiem jednak, że powinni. W tamtych latach to była naprawdę duża rzecz. Rodzima scena nie obfitowała w dużą ilość pełnowymiarowych wydawnictw na takim poziomie. Surowy, klasyczny black metal, przyprawiony dawką akustyczno – klawiszową. Wszystko się tam zgadzało – teksty, zdjęcia, wspaniała okładka, groźby pod adresem pozerstwa, pseudonimy no i oczywiście muzyka. Z ręką na sercu stwierdzam, że jest to naprawdę dobra, godna polecenia pozycja, z którą nie tylko fani zespołu powinni się zapoznać. Jest to bez wątpienia album, który bardzo dużo wniósł do rozwoju rodzimej sceny BM. I tym pozytywnym akcentem zakończę. Jestem pewien, że tym razem prędko kolejnego tekstu o Behemoth się nie doczekacie. Tak jak mój odtwarzacz ich albumu. 


Posiadam wydanie Metal Mind Records, wznowienie z 2005 roku. Numer katalogowy MMP CD 0167.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz