niedziela, 12 czerwca 2016

Anioł Śmierci, czyli thrash żyje!


Kilka miesięcy temu w jednym z rodzimych magazynów muzycznych, czytałem sobie z lekko kpiącym uśmieszkiem dziwną dyskusję na temat thrash metalu. Że to już nie to, że odchodzi do lamusa, że jego wskrzeszenie się nie udało itp...Lubię czytać takie dyrdymały, bo doskonale wiem, ile są warte. Metalu słucham na tyle długo, że nie raz już słyszałem, iż ten czy inny gatunek się skończył, umarł, finito. Potem ktoś wymyśla jakieś drugie fale, trzecie fale i pieron wie co jeszcze. Dochodzi nawet do określania się „post to”, „post tamto” i „post wszystko”. Gubię się w tym wszystkim, bo już starszy chłop jestem i czasami tego „postępu” nie ogarniam. Dla mnie black metal to black metal, thrash to thrash a death to death. Żaden z tych gatunków nie umarł, nie ma potrzeby więc ich wskrzeszać. Każdy przechodził oczywiście trudniejsze okresy, ale zawsze istniał. Pokażcie mi choć jeden rok bez wydanej dobrej płyty thrashowej, blackowej czy deathowej. Choć jeden. Takiego nie ma. Pewnie, można mówić, że ta ciągłość np. thrashu to zasługa starych dziadków, którzy ten interes rozkręcali w latach osiemdziesiątych. Nawet jeśli, to co z tego? Dla mnie osobiście nikt inny poza tymi dziadkami nie musi grać starego dobrego czystego thrashu. Oni robią to doskonale i szczerze mówiąc całą młodzież łykają przed śniadaniem.






Zastanawiam się, co sądzą dzisiaj uczestnicy wspomnianej wcześniej dyskusji. Jesteśmy po premierze nowego, doskonałego albumu Anthrax (o nim tutaj). Bardzo dobrą płytę wydał duński Artillery, jest nowy Metal Church, Protector...Dużo tego a będzie w tym roku jeszcze więcej. Kilkanaście dni temu ukazał się nowy Death Angel i to właśnie ten album skłonił mnie do spłodzenia tekstu, który czytacie. Rozpoczynający płytę utwór zaczyna się słowami: „Surprise! I'm back again...” - tak, dla niektórych może to być niespodzianka, że dziadki wracają po raz kolejny i po raz kolejny w wielkim stylu. Dalej Mark śpiewa: „Been down a hundred times, yet like the new sunrise, I shall return...”. Właśnie, w samo sedno – bywało źle, bywały lata chude, ale wracają, z mocą i potęgą, w wielkim stylu po raz kolejny (dwie poprzednie płyty też przecież były potężnymi ciosami). „The Evil Devide” to świetny album. Nowoczesny, ale w starym stylu. Szczery, prawdziwy, bo przecież muzycy Death Angel to żadne gwiazdy tylko normalni ludzie pracy. Thrash to taki gatunek, że żeby być w nim prawdziwie sobą i w pełni szczerym, nie można bujać się pozłacanym Cadillakiem i mieszkać w willi z setką pokoi. Thrash to muzyka ulicy i klasy robotniczej, buntu i kontestacji. I pomimo doskonałego brzmienia, eleganckiego jak operowy gmach, na tej płycie to wszystko jest. A przede wszystkim są emocje. Wypowiadane melodiami gitar, tnącymi riffami i ekspresyjnymi wokalami. Płyta nie jest tak brutalna jak dwie poprzednie, ale niesie ogromny ładunek energii. Nawet „Lost”, który nadawałby się na radiowy hit, ma w sobie pokłady tej starej, thrashowej siły na której wzrastała potęga Bay Area. „The Evil Devide” dołącza do długiej listy wspaniałych thrash metalowych albumów nagranych przez weteranów. Jestem pewien, że to takie albumy będą w przyszłości wspominane, długo po tym, gdy weterani zakończą granie. Bo niestety ten moment nadejdzie. Jednak jeszcze nie teraz. 

Thrash metal żyje, panowie. I ma się świetnie. 

Death Angel - The Evil Devide. Nuclear Blast, 2016, numer katalogowy NB 3498-2.







"The Evil Devide" na Discogs:

3 komentarze:

  1. "Post wszystko" :D
    Się popłakałam :D
    Świetnie napisane! bo w trashu chodzi o - nomen omen - metaliczne brzmienie. Dlatego nigdy nie umrze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Słuchałem na spotify i potwierdzam, thrash najwyższego sortu. Mozna powiedzieć lepszego sortu.

    OdpowiedzUsuń