wtorek, 28 czerwca 2016

Dawnych sztormów moc, czyli celebryta kiedyś.


Nie planowałem tego. Szczerze powiem, że nawet w najbardziej wybujałej fantazji nie potrafiłem sobie wyobrazić, że taki tekst powstanie. Chyba łatwiej byłoby wyimaginować sobie prywatną audiencję u papieża. Ale jednak dzieje się to, właściwie stało, na Waszych oczach. To co za chwilę przeczytacie, może niektórymi wstrząsnąć a zatwardziałych fanów poirytować, dlatego jeśli kochacie bezgranicznie Behemoth, dalej nie czytajcie. Tak, nie pomyliłem się – ten tekst będzie o zespole Nergala. 

niedziela, 26 czerwca 2016

Zwariowany Świat, czyli lata młodości.

Niedawno pisałem o objawieniu, jakiego doznałem pod koniec magicznych lat osiemdziesiątych za sprawą nieśmiertelnego hitu „The Final Countdown” (o tym tutaj). To był impuls by porzucić dotychczasowych idoli i szukać nowych. W tamtych czasach szukanie proste nie było – brak Internetu, koledzy rówieśnicy też dopiero wchodzili w te klimaty. Nie do końca niestety pamiętam jakim cudem odkryłem Scorpions. Inaczej – jak ich poznałem, bo bardzo możliwe, że odkrył ich któryś z kolegów. Mniejsza o detale, pamiętam, że wszedłem w posiadanie pirackiej kasety „Crazy World” i choć okładka jest jasna, ta nieodparcie kojarzy mi się z ciemnym fioletem (pirackie wydania bywały dziwne). Scorpions wydali tę płytę w 1990 roku, więc mniej więcej wiemy, w jakim okresie czasowym się znajdujemy (wierzcie mi, czasami sam się w tym gubię – pamięć już nie ta). Miałem jeszcze jakieś dwa lata do poznania „Master of Puppets” (a stało się to tak), które wypełnione były hard rockiem. Wiecie, niezobowiązujący seks, narkotyki, alkohol i imprezy do rana ;) A tak poważnie, to słuchałem, słuchałem i słuchałem. Scorpions byli wtedy najważniejsi, jednak tylko do momentu poznania AC/DC. „Crazy World” jest jednak płytą, którą pamiętam najlepiej z tamtego okresu. Kiedy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest, znajduje tylko jedno wyjaśnienie – bo jest doskonała! Dyskografia zespołu jest bardzo bogata ale to chyba jedyny ich album na którym podoba mi się każdy utwór. Nawet ten zgrany do granic możliwości „Wind of change”. Pamiętam wrażenie jakie zrobił na mnie otwierający płytę „Tease me, please me”, szaleństwo przy „Kicks after six” czy „Restless nights”. Do tego świetne hard rockowe „Lust or love” czy „Hit between the eyes” no i ballady – “Send me an angel” I wspomniany już “Wind…”. Dla gówniarza, który właśnie poznawał możliwości gitar i perkusji (ten gówniarz, tylko trochę starszy poznaje je do dziś) ta płyta była jak biblia. Tyle się tam działo!

środa, 22 czerwca 2016

Księżyca zew, czyli osiem hymnów.

„To coś jest we mnie. W każdej komórce, w każdym mięśniu, każdym calu mojego nietrwałego, ludzkiego ciała. Bronię się, od dawna. Toczę walkę sam ze sobą, w sobie. Nie wiem czy z zewnątrz to widać, ale w środku jakby bataliony rozszalałe nacierały na siebie. To jest tak mocne, tak pierwotne! Dzikie i groźne, choć pozornie przyjemne. Dla idiotów władających piórem, bywa to romantyczne i warte zniszczenia stert papieru. Romantyczne! Przecież to ból. Ból walki, istnienia, ból tysiąca ran rozdzieranych przez kły i pazury bestii. Człowiek tego długo znieść nie jest w stanie. I ja wiem, że się poddam, że ciemna strona weźmie górę. Wewnętrzna bitwa wciąż trwa ale sztandary zwycięzcy coraz wyraźniejsze. Jednak jeszcze nie tej nocy. Nie tej pełni. Jutro wstanę i będę chodził na dwóch nogach, dumny, ludzki. Gdy jednak widzę jego światło, w bezchmurne noce, chcę krzyczeć. Skamleć. Drzeć się. Wyć! To coś jest niedaleko. Czuję to. Co noc silniejsze, a gdy oko kosmosu płonie mocno, silne jak ja sam, jak mój instynkt. Z tych ludzkich siedzib wyraźnie czuję zew. On nadejdzie. Jeszcze walczy, jeszcze się broni. Ale już niedługo, dołączy tu do nas, szarych strażników lasu. On wie, że czekamy. Nasze tropy poprowadzą go głęboko w puszczę, do miejsc, w których człowiecza noga nie stała nigdy wcześniej. Ale on też już nie będzie człowiekiem i jego ślad nie będzie już taki sam.”

niedziela, 19 czerwca 2016

Końcowe Odliczanie, czyli początek wszystkiego.


Dziś sobie znowu powspominamy. Już na wstępie pragnę ostrzec co bardziej ortodoksyjnych i zatwardziałych metalowców – tekst zawiera treści drastyczne i takie, które mogą spowodować zawał lub niekontrolowany napad szału. Czytacie na własną odpowiedzialność. 

piątek, 17 czerwca 2016

Kosmiczne klucze, czyli moc klawiszy.

„To jest moje władztwo. Tu, na północy ludzkości. Wśród tych cichych wzgórz, zapomnianych jezior i mglistych, szarych lasów, roztaczam swoje panowanie. Tu wszystko jest napiętnowane mną a ja jestem częścią wszystkiego. Unoszę się nad zmarzniętą ziemią, płynę wraz z północnym wiatrem i wdzieram się do starych domostw. Jestem siłą kreacji i duchem zniszczenia. Wszystkie istoty są mi posłuszne, tak jak ja jestem posłuszny Jemu. Nigdy, słysząc Jego głos, nie miałem wątpliwości. Nie czułem strachu, tak jak nie czują ci, w których żyję. Wiecznie będę trwał w tej krainie, nad nią i pod jej korzeniami, bo wiecznie będzie trwał On. Jestem Jego czarnym namiestnikiem, posłańcem, oddechem i wzrokiem. Czasami, płynąc nad jeziorami północy widzę swe mgliste odbicie w krystalicznie czystej tafli. Czasami słyszę echo swego głosu błąkające się pomiędzy stromymi zboczami fiordów. Czasami, błądząc wśród niekończących się lasów czuję swój zapach, przenikający korę i igliwie, mech i liście. Ale to nie mój głos i nie mój zapach. To nie siebie widzę w lustrze wody. Ja, choć potężny i nieskończony, jestem tylko ułamkiem mocy Jego. I choć ta kraina jest moim władztwem, mną się żywi, ze mnie się zrodziła i we mnie umrze, nie jest moja. Należy do Niego. Jam tylko Czarnym Czarnoksiężnikiem, jakich On ma wielu.”

środa, 15 czerwca 2016

Good morning Vietnam, czyli skaczemy na minach!

„Kolejny patrol. Znowu leje. Już szósty dzień. Szlag by to trafił, co za parszywy kraj. Błoto jest wszędzie. Brniemy w nim po kostki, przemoczeni, brudni. Pająki, węże i inne jadowite cholerstwa, których nazw nawet nie znamy. Co za parszywy kraj! Okolica wydaje się spokojna, ale w każdej chwili zza drzewa może wyskoczyć żółtek. Oni są wszędzie. Nawet pod ziemią. Czujemy się tu jak Mięso Armatnie. Okolica wydaje się spokojna, nawet nasz wywiad twierdzi, że dziś powinno być cicho. Ale co oni wiedzą! Kilka dni temu weszliśmy do pobliskiej wioski. Też miało być spokojnie, bo wg tych mądrali wioska nie sprzyjała Vietcongowi. A jednak. Kilku wieśniaków zaczęło uciekać na nasz widok. Kilku innych sięgnęło po kałasznikowy. Otworzyliśmy ogień. Padali jak muchy. Strzelaliśmy bez opamiętania, nasze M-16 były już gorące do czerwoności. Wybiliśmy wszystkich, matki, dzieci, starców. W chwilach takich jak ta nikt nie myśli o litości dla nikogo. Tu nawet mała dziewczynka może podejść do Ciebie z koszykiem owoców w którym jest granat. Tu wojna jest w każdym i wszędzie. Tu Ja Jestem Wojną a mój karabin jej głosem. Już mieliśmy wracać, gdy z pobliskich wzgórz zaczęły padać strzały. Cholerny Charlie! Ktoś zdołał zbiec i wezwać swoich na pomoc. Szybka łączność i w naszym kierunku lecą myśliwce szturmowe. Podajemy koordynaty i po chwili wzgórza zamieniają się w kulę ognia. Napalm o poranku. Zapach zwycięstwa! Wracamy. Nikt nic nie mówi, bo i o czym tu mówić. W tej zapomnianej przez Boga krainie takie obrazki to codzienność. Ktoś powiedziałby że to Ludobójstwo. Pieprzyć jego i wszystkich pacyfistów! Albo my albo żółtki. Nie ma innej opcji, remis nie wchodzi w grę. Nagle wybuch na czele naszej kolumny. Mina. Pieprzona, prymitywna, ruska mina. Kolejny kolega został Skoczkiem. W najlepszym wypadku straci nogę, w najgorszym wróci do domu w metalowym pudle. Tamtego dnia udało nam się jednak dotrzeć do bazy bez kolejnych strat. Czy dziś też się uda? Ile jeszcze tego piekła? Kiedy wreszcie wrócimy do domu? Gdzieś w oddali słychać śmigłowce, odgłosy strzałów. Szlag trafił spokojny dzień!”

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Future of the Past, czyli Przyszłość Przeszłości.


Kiedy kilka miesięcy temu podjąłem decyzję o rozpoczęciu kariery pisarskiej, długo myślałem nad nazwą bloga. Wiedziałem jaki będzie jego profil i jaka specyfika. Wiedziałem, co chcę przekazać i o czym pisać. Problem miałem z nazwą. Ze mną to już tak jest, że pisanie idzie mi gładko, jednak tytułowanie już nie bardzo. Do tej pory nie mogę wydusić z siebie „proszę księdza”. Myślałem więc i myślałem, aż nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś już wymyślił idealną nazwę dla treści, które się tu znajdą. Dwadzieścia lat temu ukazał się album olsztyńskiego zespołu, w całości zapełniony coverami. Nie wiem kto wymyślił nazwę, może też skorzystał z czyjegoś pomysłu, wiem jednak, że bardzo mi pomógł. Album nosi nazwę „Future of the Past”, czyli właśnie „Przyszłość przeszłości”. Vader, bo o nim mowa, składa tam hołd swoim inspiracjom muzycznym. Dla mnie perfekcja, bo ja tym blogiem robię dokładnie to samo – składam hołd moim bogom z czasów młodości. Chcę ocalić ich dzieła od zapomnienia i przybliżyć je młodszym rocznikom. Wiem, wiem, brzmi to trochę naiwnie, bo przecież te płyty wciąż są obecne w świadomości nowych pokoleń metalowców, ale jako bezgraniczny miłośnik starszych dźwięków, zrobię wszystko by ten stan rzeczy nie uległ zmianie. A jeśli ktoś młodszy pozna dzięki niemu jakąś klasyczną płytę, o której wcześnie nie słyszał, to tym lepiej. 

niedziela, 12 czerwca 2016

Anioł Śmierci, czyli thrash żyje!


Kilka miesięcy temu w jednym z rodzimych magazynów muzycznych, czytałem sobie z lekko kpiącym uśmieszkiem dziwną dyskusję na temat thrash metalu. Że to już nie to, że odchodzi do lamusa, że jego wskrzeszenie się nie udało itp...Lubię czytać takie dyrdymały, bo doskonale wiem, ile są warte. Metalu słucham na tyle długo, że nie raz już słyszałem, iż ten czy inny gatunek się skończył, umarł, finito. Potem ktoś wymyśla jakieś drugie fale, trzecie fale i pieron wie co jeszcze. Dochodzi nawet do określania się „post to”, „post tamto” i „post wszystko”. Gubię się w tym wszystkim, bo już starszy chłop jestem i czasami tego „postępu” nie ogarniam. Dla mnie black metal to black metal, thrash to thrash a death to death. Żaden z tych gatunków nie umarł, nie ma potrzeby więc ich wskrzeszać. Każdy przechodził oczywiście trudniejsze okresy, ale zawsze istniał. Pokażcie mi choć jeden rok bez wydanej dobrej płyty thrashowej, blackowej czy deathowej. Choć jeden. Takiego nie ma. Pewnie, można mówić, że ta ciągłość np. thrashu to zasługa starych dziadków, którzy ten interes rozkręcali w latach osiemdziesiątych. Nawet jeśli, to co z tego? Dla mnie osobiście nikt inny poza tymi dziadkami nie musi grać starego dobrego czystego thrashu. Oni robią to doskonale i szczerze mówiąc całą młodzież łykają przed śniadaniem.

piątek, 10 czerwca 2016

Kawaleria z piekła rodem, czyli dziki ogień.


„Ci, którzy przeżyli tamte dni, trwożnie wspominają czarne niebo, które pochłonęło Słońce i biel chmur. Wciąż trzęsą się ze strachu opowiadając o ogromnym wichrze, który zerwał się znienacka i zaatakował wszystkie żyjące istoty, łamiąc drzewa i zrywając dachy. Do tej pory pamiętają dźwięk pękającej ziemi, głośny jak tysiące trąb. Wciąż przed oczami mają dym i wyłaniające się z niego postaci jeźdźców. Niekończące się szeregi mrocznych istot odzianych w czarne, postrzępione szaty. Tysiące pobłyskujących w światłach łuny, która rozkwitła na horyzoncie, kos. Rdzawych, poszczerbionych, ze śladami krwi. Ich straszliwe rumaki, toczące pianę z pysków i wydające z siebie odgłosy bestii. Gdy już wszyscy opuścili otchłań, ruszyli galopem przez równiny, a dziki ogień podążał za nimi. Ci, którzy widzieli ten rajd, wspominają odór śmierci i siarki, który unosił się jeszcze wiele dni po przejeździe czarnej kawalkady. Jeźdźcy z piekła rodem niszczyli wszystko na swojej drodze, tnąc i paląc każde dzieło człowieka. Ich konie tratowały wszystko, co wykazywało się choćby odrobiną woli życia. Czarne niebo posuwało się wraz z nimi niosąc mrok podmuchami potężnego wichru. Świadkowie wspominają, że ten apokaliptyczny rajd trwał niecałą godzinę, choć wydawało im się, że trwa już wieki. Pozostała po nim spalona ziemia i tysiące trupów. Jeźdźcy zniknęli tak nagle, jak się pojawili. Niebo rozjaśniło się a wicher zniknął. Co odważniejsi, którzy podeszli bliżej tej piekielnej kawalerii, twierdzą, że na czele czarnych zastępów, na wielkim rumaku, pędził straszliwy szkielet, odziany w łachmany. Dzierżył on ogromny sztandar i cały pokryty był ogniem. Ludzie mówią, że imię jego Niszczyciel. Symbol jego 666.”

czwartek, 9 czerwca 2016

Defying, czyli mrok nad Olsztynem.


Podróże kształcą. Na wiele sposobów. Ostatnio często bywam w Olsztynie i podczas jednej z wizyt poznałem Piotrka. Dobrze nam się gadało, bo to taki metalowiec starej daty, jak ja. Od słowa do słowa i okazało się, że jest on gitarzystą i wokalistą olsztyńskiej kapeli Defying. Nazwy nigdy wcześniej nie słyszałem a panowie na koncie mieli już pierwszą płytę. Termin na poznanie ich twórczości okazał się świetny bo wielkimi krokami zbliżała się premiera nowego materiału. Jakiś czas potem Piotr odwiedził mnie w Warszawie z okazji koncertu Marduk i wtedy w moje posiadanie weszły oba wspomniane wyżej wydawnictwa.



wtorek, 7 czerwca 2016

Szwecja w Wielkopolsce, czyli czy Tompa wie gdzie jest Poznań?


Poznański In Twilight's Embrace poznałem 22 maja 2015 roku w Proximie. Pamiętam ten wieczór doskonale, bo grali wtedy przed At The Gates (o Szwedach tutaj). Otwierali ten magiczny wieczór i szczerze mówiąc potem już tylko Szwedzi ich przeskoczyli. Stoisko z merchem zaopatrzyło mnie w dwa ich albumy, wtedy więcej wydawnictw nie posiadali. Pierwsza płyta szczerze mówiąc istnieje chyba tylko po to, bo: primo – zawsze któraś musi być pierwsza, secundo – wspaniale pasuje do ścieżki rozwoju zespołu, ewolucji ich muzyki. Tyle w zasadzie o pierwszym albumie wystarczy a to oznacza, że przechodzimy do drugiego. „Slaves to Martyrdom”, bo taki tytuł nosi to dzieło, jest materiałem przejściowym. Wyraźnie Poznaniacy skręcają tu w stronę death metalu na szwedzką modłę, gdzieniegdzie jednak nadal pobrzmiewają echa poprzedniej płyty. Jest to jednak album świetny, który po koncercie w Proximie długo gościł w moim odtwarzaczu. To dzięki niemu tak bardzo wyczekiwałem na kolejną płytę, bo patrząc na skok pomiędzy jedynką a dwójką, można się było spodziewać wspaniałej trójki. Poza tym, już na dwójce słychać dużą fascynację At The Gates a mnie w to graj. Panowie jej nie ukrywają, jest ona zresztą fascynacją pozytywną – nikt tu z nikogo nie zrzyna, nikogo nie naśladuje, co najwyżej czerpie pozytywne wzorce i aranżując je po swojemu przemyca ukradkiem, bez nachalności.

środa, 1 czerwca 2016

Czarne zastępy dusz, czyli miłość aż po grób.


Dwadzieścia osiem tekstów na blogu i dopiero teraz pojawi się tu bardzo ważny dla mnie zespół. Właściwie, bez owijania w bawełnę, jeden z najważniejszych. Ponieważ nieuleczalnie kocham muzykę i jest dla mnie jak powietrze, często popadam w zbyt duży entuzjazm mówiąc, bądź pisząc o niej. Uderzam w podniosłe tony jak Dzwon Zygmunta, komponuję monumentalny koncert skrzypcowy Czajkowskiego, ale po prostu czasami inaczej nie potrafię. Widzicie? Znowu to zrobiłem. Ale prawda jest taka, że ten zespół w pełni na to zasługuje. Prawdziwa legenda naszej sceny, drogowskaz, wyznacznik, nauczyciel młodych i wierny towarzysz starych. Panie i panowie: KAT.