sobota, 14 maja 2016

Ragehammer, czyli cios w ryj. Celny.


Piątek, godziny w pracy dłużą się niemiłosiernie. Wyczekiwanie końca aż gęstnieje w powietrzu. Wreszcie wychodzę i rozpoczyna się weekend. Szczęśliwy, jednak lekko zawiedziony, bo paczka na którą niecierpliwie czekałem raczej już tego dnia nie dojdzie. Zakupy spożywcze złożone w dużej mierze z zawartości sklepowej lodówki i do domu. Ostatnia nadzieja – skrzynka na listy. Drżącą ręką otwieram i jest! Jest awizo! W tył zwrot i biegusiem na pocztę. Na szczęście tylko dwie osoby w kolejce. Pani z uśmiechem wydaje paczkę, która przyszła ze Świecia. Biegusiem do domu. Szybkie zdarcie folii i do odtwarzacza. Play!

- Mamo, mamo, chodźmy do Delikatesów po cukierki! - Przecież już wszystkie cukierki od nich jadłeś, poza tym, popsujesz sobie zęby. - Ale mamo, Tadzio mówił, że mają jakieś nowe, takie superowe, co można ciągle jeść! Taaaaakie dobre! - Oj dziecko, co ja z Tobą mam. Dobrze, chodźmy. - Jeeeeeeee, jesteś super, mamo!

„First Wave of Black Metal”. Pierwsze dźwięki. Wchodzę do sklepu. Czy są jakieś nowe cukierki? Zaczynam się rozglądać. Czuję, że pojawia się gęsia skórka. Co jest? Przecież byłem tu już tyle razy. Zaraz zaraz, coś jest inaczej. Utwór się rozwija. Gna już jak szalony. Coś stanowczo jest nie tak jak wcześniej. Ekspedientka niby ta sama, ale jakaś nie uśmiechnięta. Za to definitywnie zmienili asortyment. Niby wszystko to co kiedyś a jednak jest to coś nowego. „Unleash the Dogs”. Pytam kobiety za ladą ale nie chce ze mną rozmawiać. Jest jakaś dziwna. Taka brzydka i ma zepsute zęby. A mama ostrzegała! Nie jestem pewien czy to ten sam sklep ale wiem, że bardzo mi się tu podoba. Mogę rozglądać się do woli. „Wróg”. Biczowanie dźwiękiem trwa, ekspedientka odezwała się wreszcie w ojczystym języku. A ja widzę na półce nowe cuksy! Takie piękne, kolorowe, jakby mieszanka wszystkich klasycznych gatunków o których mówił starszy brat. Muszę spróbować, bo tamtych już nie produkują. Muszę! Sprzedawczyni odwraca wzrok, znowu jej nie słyszę. „Warlord's fall”, „Knives”, „I'm the Tyrant”. Rozrywam opakowanie i wpycham dropsy garściami do gardła. Są takie dobre! Niesamowicie soczyste. Tadzio miał rację! „Pure Hatred”, „From Homo Sapiens to Homo Raptor”. Napycham się jak świnia. Nie mogę przestać! Cały się już kleję od tych cuksów, ale są takie dobre, że nie przestanę. Więcej! Dawno tak dobrych nie jadłem! Kątem oka dostrzegam, że to nasze, krajowe, z Krakowa. Przez sekundę poraża mnie duma, ale zaraz potem mam to w dupie. Chcę jeść! „Spotkanie z Diabłem”. Powoli kończą się zapasy na półce a mi ciągle mało. Ohydna ekspedientka śmieje się i krzyczy w moim kierunku – Do zobaczenia w piekle!

Pierwszym odruchem po skończonym odsłuchu było ponowne „Play”. Będzie jeszcze nie raz. Debiutancki album krakowskiego Ragehammer to cios na miarę nokautu w wadze ciężkiej. Tu nie ma półśrodków, owijania w bawełnę i zabawy w klimacik i „chodź kochana będzie romantycznie”. Tu są skóry, długie włosy, glany i gwoździe na rękach. Tu są ćwieki i odór siarki zmieszanej z piwskiem. Tu jest rock'n'roll ugotowany w piekle wczesnych lat osiemdziesiątych ale podany ze świeżością (tfu!) dzisiejszych śmieciarek. Tu jest taka energia i moc, że odtwarzacz sam się pogłaśnia a pilot wariuje i sam wciska „repeat”. Tu jest czysty metal. Tu jest to, czym metal był kiedyś – ciosem. Buntem. Walką. I jaki tu jest bas! Bas! Ludzie, przecież basista tego zespołu jest ciągle na przodzie. Sadzi tak gęste jazdy, że łyżka w zupie staje! Wokalista sprawia, że marzysz o tym, by chwycić za mikrofon i być tak zły jak on. Perkusista zapieprza jak sprinter tylko na dużo dłuższym dystansie. Gitary pracują jak zastęp koreańskich górników – nic ich nie zatrzyma. „The Hammer Doctrine” jest jedną z tych płyt, które sprawiają, że pomimo 25 lat słuchania ostrej muzyki, czujesz się jak dzieciak z kolejką, którą dostał pod choinkę. Gęba się cieszy, bo ktoś jednak potrafi pokazać, że ma jaja w zalewie tego całego zniewieściałego grania i nudnych jak flaki z olejem kapel black metalowych. 

Brawo!

p.s. „Spotkanie z Diabłem” to cover Krzysztofa Klenczona. 

p.s. 2. Brawa dla Pagan Records za ogarnięcie szybkie przesyłki, choć na początku wyglądało to kiepsko. Oraz za nosa do dobrych zespołów od wielu lat. 

p.s. 3. – Mamo, kup mi jeszcze jedną paczkę!

Play!

Subiektywna ocena redaktora: 11/10. 


Ragehammer - The Hammer Doctrine. Pagan Records, 2016, numer katalogowy Moon 104.








The Hammer Doctrine na Discogs:


6 komentarzy:

  1. Aleś się rozszalał z tą notką. Normalnie, panie, elaborat. Chyba zawartość lodówki weszła wczoraj jak woda :).

    Niestety chłopaków nie ma na spotify. Ciekawe czemu? :)

    Zrzuć na mp3 i podeślij, to przesłucham.

    OdpowiedzUsuń
  2. nie ma problemu :) podeślę. są na youtube :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem co machnąłeś przed napisaniem tego, ale zachęciłeś mnie do posłuchania ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaklinam się na pierwsze cztery płyty Darkthrone, że byłem trzeźwy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie jestem absolutnie koneserką gatunku, ale bardzo dobra nuta! Dzięki za wpis \m/

    OdpowiedzUsuń
  6. pewnie, że dobra! :) nie ma za co :)

    OdpowiedzUsuń