wtorek, 10 maja 2016

Okładka, czyli czemu warto podróżować w czasie.


Od momentu w którym pierwszy raz wziąłem do ręki oryginalną kasetę (o tym tutaj), uważam, że płyta to nie tylko muzyka. To cały pakiet. Okładka, wkładka (książeczka w przypadku CD), zdjęcia, teksty, zapach papieru, informacje o nagraniu materiału, nawet podziękowania członków zespołu (tak, też czytam). To wszystko nie raz stanowi spójną całość a zawsze jest uzupełniającym się dziełem sztuki. Rytuał wejścia do domu z nową płytą, odpakowanie, czytanie, wąchanie i słuchanie – to jeden z najlepszych momentów muzycznego maniaka. Stąd moja awersja do muzyki słuchanej z Internetu – obdziera to ją w moich oczach z kilku ważnych czynników i zabiera kawałek „płytowej duszy”.

W metalu okładki płyt to temat na osobną książkę. Ba, same loga zespołów zapełniłyby grube tomiszcze. Okładka to pierwsza rzecz, którą widzimy, często zapowiadająca zawartość muzyczną. Nie raz bywają to małe dzieła sztuki, kiedy indziej chodzi o oddanie klimatu czy zamanifestowanie jakiegoś przesłania. Tak jak każdy z nas ma swoje ulubione płyty, tak pewnie i ma swoje ulubione okładki. Moją jest „Somewhere In Time” Iron Maiden.

 


O ile dobrze pamiętam, była to pierwsza płyta Maidenów, którą usłyszałem. Dwadzieścia trzy lata temu wziąłem do ręki piracką kasetę (jakość reprintu okładki nie powalała, w dodatku na pirackich kasetach okładka zajmowała najczęściej tylko ¾ strony) i ten cyberpunkowy Eddie od razu przykuł mą uwagę. Wtedy nie byłem w stanie w pełni docenić tego dzieła ze względów czysto technicznych. Udało się to dopiero kilka lat później. Nie jest to może wielkie dzieło pod względem kunsztu graficznego. Nie o to jednak chodzi. To jedna z tych ikonicznych okładek z Eddiem (jest na każdej okładce IM) które rozsławiły Dereka Riggsa. Ile tu się dzieje! Miejsca na to wszystko nie brakuje, bo okładka tak naprawdę jest dwustronicowa. Centralnym punktem jest sam Eddie ale smaczków, które może wyłapać fan Maidenów jest cała masa. Powstały ściągi a nawet artykuły opisujące dokładnie każdy szczegół. Odniesienia do poprzednich płyt, utworów, historii z życia muzyków czy zespołu a nawet Batman! Dla mnie, jako fana angielskiego futbolu, jednym z fajniejszych elementów jest wyświetlany na tablicy wynik meczu West Ham (ukochany klub Steve’a Harrisa) – Arsenal. Wynik dość nieprawdopodobny wtedy (1986 rok), wręcz niemożliwy dziś. 7:3. No ale mając do dyspozycji popularny nośnik, czemu nie poszaleć? 

Klimat okładki świetnie komponuje się z tytułem płyty – Somewhere In Time, czyli Gdzieś w Czasie. Wszystko tu się przenika i miesza, cyberpunkowa konwencja i grafiki w środku książeczki uzupełniają się doskonale. Tytuły takie jak Stranger in a Strange Land czy Deja Vu albo Wasted Years pasują idealnie do ogólnego obrazu płyty. Pamiętać należy, że pomimo tego nie jest to concept album. Jest to natomiast przykład tego, że nie tylko ten mały krążek z muzyką jest ważny. Cała jego oprawa też się liczy i dlatego tak cudowne są fizyczne wydania płyt. Smutne jest to, że dzisiejsza młodzież często nie ma nawet pojęcia ile traci, nie kupując choć od czasu do czasu CD czy winyla. Tu jednak wchodzimy w kolejny temat, który obszerny jest jak oferta Biedronki przed świętami, więc pochylę się nad tym kiedy indziej. 

Co do zawartości muzycznej Somewhere In Time – wszyscy znamy i kochamy, więc nie będę się wgłębiał. 

Posiadam remastera z tej fajnej serii z Eddiem układającym się ze złączonych boków płyt. EMI Records, 1998 rok, numer katalogowy 7243 4 96924 0 4.








"Somewhere in Time" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz