poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Reign in Blood, czyli jedz wolniej!


Wiosna 1992 roku. Jakiś czas temu byliśmy już w tym okresie za sprawą Master of Puppets (o niej tutaj). Tym razem jednak autor był już po wysłuchaniu trzeciej płyty Metallicy i po potężnym ciosie z tym związanym. Scorpions i AC/DC wciąż byli ważni (do tej pory są, AC/DC nawet bardzo) ale pojawiła się nowa siła. Czułem, że przede mną wielka przygoda i chciałem rozpocząć ją jak najszybciej. Byłem młody i w gorącej wodzie kąpany a zarazem kompletnie zielony w kwestii metalu. To nie najlepsza mieszanka, ale wtedy kompletnie się tym nie przejmowałem. 

Wody metalowego oceanu są ogromne i głębokie, łatwo się zgubić lub zatonąć. Zatonąłem jakiś czas później, jak najbardziej świadomie, jednak najpierw się zgubiłem. Aż głupio się do tego przyznać, więc jeszcze trochę ten moment odwlekę. Dokonajmy podsumowania: za mną rok słuchania Scorpions i AC/DC. Dosłownie przed momentem poznałem pierwszą w swoim życiu metalowa płytę – Master of Puppets, która rozwaliła mnie i powaliła na kolana. Teoretycznie więc przygotowanie miałem nie najgorsze. Z drugiej strony, słuchałem do tego momentu rzeczy skocznych aczkolwiek lekkich i melodyjnych. Metallica i jej Master… dopiero zaczynała we mnie żyć i nie do końca zdawałem sobie sprawę, że może być coś mocniejszego (przed chwilą zszokowało mnie istnienie samej Metallicy!). Chyba po prostu nie byłem jeszcze gotów na kolejny krok w tak krótkim okresie czasu. 

Zachwyciwszy się mocą Masterki, pewnego pięknego wiosennego dnia wybrałem się do Migacza. Był to butik na sąsiednim osiedlu, taka drewniana budka o standardzie tylko trochę lepszym niż przeciętna altanka na działce. Jej przewaga nad altanką polegała jednak na tym, że wypełniona była muzyką. Kasety (pirackie oczywiście), naszywki, koszulki, wpinki itd...Sporo tam tego było a ogromną część asortymentu stanowił metal. Rozentuzjazmowany wpadłem do środka jednak zaraz potem czar prysł bo tak naprawdę kompletnie nie miałem pojęcia co nabyć. Sam nie wiem czemu po prostu nie kupiłem wtedy jakiejś Metallicy. Może chciałem jak najszybciej wypłynąć na ten ocean? Nie wiem. Wiem, że sprzedawca doradził kasetę z bardzo „złą” okładką i równie złym tytułem – Reign in Blood. Tak, to był Slayer. Bardzo podniecony wróciłem do domu i bach kasetkę do poczciwego Kasprzaka. I co? I klapa. Jakimś cudem, w tamtym momencie mojej edukacji muzycznej, uznałem, że tego nie da się słuchać, brak w tym melodii, muzyki i sensu. Kaseta powędrowała do kąta i musiała jeszcze troszkę odczekać a ja skierowałem się ku reszcie dyskografii Metallicy. 

Oczywiście nadszedł dzień powrotu Reign in Blood. Nadszedł dzień miłości do Slayera. Musiał, bo przecież to potęga a Reign in Blood to ponadczasowa klasyka. Wtedy to po prostu był zły czas. Za szybko, za wcześnie, zbyt łapczywie. A mama zawsze mówiła – wolniej, bo się zadławisz. 

Posiadam remastera z bonusowymi utworami. Wydanie American Recordings, 2013 rok, numer katalogowy 0602537352241.

2 komentarze:

  1. W sumie Slayerem zainteresowałem się po rozkochaniu się w coverze w/w wykonanym przez Vader. Do dziś twierdzę, że wykonanie Petera i spółki jest zdecydowanie lepsze od oryginału.

    OdpowiedzUsuń
  2. coś w tym jest, natomiast na szczęście Slayer to jeszcze masa innych świetnych numerów :)

    OdpowiedzUsuń