środa, 20 kwietnia 2016

Czas Przed Czasem, czyli Największa Metalowa Tajemnica.


Wracamy do zamierzchłej przeszłości. Lata 1993-1995 wypełnione były poznawaniem, odkrywaniem i eksplorowaniem metalowej sceny. Pisałem już o tym, ale powtórzę – nie było internetu, który podpowiadał, pomagał i pozwalał posłuchać. Nie było sklepów internetowych. Nie było zatem łatwo. Było jednak dzięki temu fajnie. Poznawaliśmy dziesiątki zespołów za pomocą poczty, targowiska i starszych kolegów. Poczta Polska odegrała niepoślednią rolę w rozwoju rodzimej sceny metalowej – przesyłanie sobie kaset, zinów i flyerów miało w pewnym momencie wymiary gigantyczne. Ja załapałem się na końcówkę tego czasu, cieszę się, że jednak mi się udało.

To był także okres dużej, by nie powiedzieć wielkiej fascynacji death metalem, która potem przeszła w black. Był to też czas bluźnierczy, wypełniony konszachtami z diabłem. W jednym z wcześniejszych tekstów wspominałem o kupowaniu wszystkiego co miało szatańską okładkę. Wszystkie kryteria takiej okładki spełniała ta z „Time Before Time”, tajemniczego wtedy dla mnie zespołu Imperator. Zawsze gdzieś obecna, jednak nienamacalna.





Człowiek dostawał przesyłkę a tam wśród flyerów Imperator. Kupujesz zina, czy już jakiś bardziej profesjonalny magazyn a tam albo wywiad albo trzydziestu innych muzyków powołuje się na inspirację Imperatorem. No jasny gwint! Co to za kapela? W pewnym momencie urosła dla mnie do rangi Największej Metalowej Tajemnicy a zarazem Największego Kultu. Musiałem położyć swoje łapy na tej płycie, jednak zawsze jakoś mi umykała. Kiedy wreszcie się udało, nie zawiodłem się. Balon nie był napompowany za mocno, nie pękł. Ta płyta to arcydzieło gatunku, absolutnie dzieło ważniejsze wg mnie od Ultimate Incantation Vadera czy Invisible Circle Armagedon. Najlepsza polska płyta death metalowa i jedna z najlepszych w ogóle. Koniec kropka, nie przyjmuję sprzeciwu.





Ta moja prywatna historia z Imperatorem świetnie wpisuje się w historię zespołu, który częściowo taką tajemnicą był. Imperator, polska legenda, której coś umknęło. Coś nie zagrało i bezpowrotnie przepadło. Wizjonerskie podejście do muzyki, koncerty połączone z teatralnymi przedstawieniami, zdjęcia, cała otoczka – to wszystko zbudowało obraz zespołu nietuzinkowego i mającego przed sobą wielką przyszłość. Niestety, tak się nie stało. Właśnie, czy naprawdę niestety? Po „Time Before Time” zespół nagrał jeszcze dwa utwory, które jednak są zupełnie inną bajką, już nie tak dobrą. Jeśli kolejna płyta miałaby być właśnie taka, to może dobrze, że nigdy nie ujrzała światła dziennego. Mamy wspaniały, kultowy „Time Before Time” i nim się cieszmy! 

Pierwszym nośnikiem na którym miałem „Time...” była kaseta z Metal Mind. Później nabywałem piękne wydanie CD z Pagan Records. Są tam dodane właśnie te dwa utwory i jest bardzo obszerna książeczka wypełniona tekstami i historią zespołu autorstwa Bariela. Pagan Records, 1997 rok, numer katalogowy Moon CD 007






.
Time Before Time na Discogs:

2 komentarze:

  1. O Imperatorze ciężko coś mi powiedzieć, bo jakoś nigdy na niego nie trafiłem, tak żeby się zapoznać. Teraz już za późno :O)

    Wpis fajny - przypomniałeś mi te pocztowe czasy. To było genialne. Szczególnie w czasach nagrywania Melencoliasi kiedy rozsyłałem kasety do wszystkich zinów, a Ci odsyłali ziny z toną flyerów. To było bomba. Tyle makulatury w domu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no miało się tego od cholery :) najlepsze, że one do tej pory istnieją, wystarczy zamówić coś choćby w Pagan Records :)

    OdpowiedzUsuń