sobota, 9 kwietnia 2016

Anima Lucifera, czyli czemu warto czekać.


Sacrilegium. Kiedyś dawno temu istniał taki zespół, wydał kilka demówek, split i jednego długograja (o nim tutaj). Potem przepadł w mrokach nadmorskich ciemności i nastała cisza. Wejherowo mogło odetchnąć ;) Dla jednych był to zapewne zespół jakich setki, dla innych, w tym mnie, kultowy i bardzo ważny. Po pierwsze to oni jako jedni z pierwszych przecierali w tym kraju ścieżki black metalu, po drugie płytą „Wicher” kupili mnie na zawsze. Kiedy więc dowiedziałem się w 2015 roku, że wracają, bardzo się ucieszyłem. Jednak chwilę potem dopadło mnie zwątpienie – a jeśli nie podołają? Jeśli zburzą mi tą legendę? Znamy takie przypadki. Życie potrafi się okrutnie obejść z powracającymi tuzami sceny. Poza tym, to black metal. Nie do końca potrafię to wyjaśnić, ale odnoszę wrażenie, że w takim thrashu czy death metalu jest to prostsze. W black metalu łatwo zostać swoją własną karykaturą i to bez kilkunastu lat przerwy w aktywnej działalności.

Pierwszy ukazał się singiel „Angelus”. To sześć wersji jednego utworu z nadchodzącej płyty (studyjna, demo i cztery remixy popełnione przez innych artystów). Bardziej wydawnictwo ciekawostka niż coś, czego słuchałbym namiętnie. Ale szacunek za tak obszernego singla. Studyjny numer zapowiadał jedno – powrotu do lasu nie będzie. Wicher to był prawdziwy hymn dla natury, pogaństwa i dawnych bogów. Ale to se ne wrati. Panowie znowu zapuścili rogi i wyhodowali ogony. Ciemność po raz kolejny spadła na Wejherowo i wisiała tak do marca 2016 roku, gdy wreszcie uwolniła spod swych skrzydeł album „Anima Lucifera”. 

Ta płyta to 10 kompozycji, w tym intro i outro (tu zwane preludium i epilogiem). Słuchałem już jej wiele razy i coraz bardziej mi się podoba! Warto było czekać. Pierwsze przesłuchanie zaskoczyło, szczególnie początek drugiego (po preludium) utworu – brzmi bardzo heavy, nastrojowo i klimatycznie ale ni w ząb blackowo. Potem zaskakuje wokal – tu niestety in minus. Jest słaby. Latka lecą i naprawdę nie wiem czy nie lepiej było wziąć kogoś świeżego na mikrofon. Na szczęście im dalej w las, tfu, w piekielne otchłanie, tym lepiej. Tak jakby Nantur nagrywał wszystko za jednym strzałem i rozgrzał się dopiero przy czwartym kawałku. Zwracają uwagę bębny – bardzo mocno kojarzą się z tymi z „Wicher”. To chyba najmocniejszy łącznik. Drugi to ta łatwość komponowania odczuwalna w utworach i pewne typowe dla Sacrilegium nietypowe schematy. Nic w tym złego, wręcz przeciwnie. Dzięki temu ta płyta jest ciekawa, nic tu nie jest oczywiste. Zaraz po blastach wchodzą miłe dla ucha riffy rodem z heavy metalu by przejść w klawisz (dość oszczędnie używany, jednak fajnie budujący atmosferę) a ten następnie płynnie wpuszcza na pierwszy plan gitarowe melodie. Tak, to niby jest black metal, ale myślę, że gdyby tę płytę postawić obok kanonów gatunku, momentami odbiegała by niesamowicie mocno. Wystarczy posłuchać niesamowitych gitar w utworze „...in Soul”. Co za klimat i przestrzeń! Właśnie, klimat. Sacrilegium zawsze potrafiło go budować – czy to Szatan czy Perun, wiedzieli co zrobić by nastrój był właściwy. No i po raz kolejny się udało. Jest kilka takich momentów na tej płycie, że ręce same składają się do oklasków a gęba się śmieje, bo człowiek się cieszy, że jego dawni mistrzowie znowu dali radę. Dla mnie to jeszcze o tyle fajne, że jakoś nie jestem fanem tego dzisiejszego polskiego black metalu (Morowe, Odraza, Mgła itd.) a ta płyta udowadnia, że nadal można ten gatunek zagrać świeżo i ciekawie. A przy okazji utrzeć nosa młodzikom. 

Bardzo się cieszę, że panowie postanowili coś jeszcze razem nagrać pod tym szyldem. Ta płyta żadnej legendy nie psuje, wręcz przeciwnie, utrwala ją. Niedawno zagrali jedyny po reaktywacji koncert i podobno wypadli świetnie. Fachowcy, proszę państwa. Brawa. 

Sacrilegium – Anima Lucifera. 7,5/10 (gdyby nie wokale, byłoby 8,5)


Zdjęcia. Pierwszy Angelus. Wydanie Pagan Records, numer katalogowy Moon 101.





Angelus na Discogs:

A teraz Anima Lucifera. Także Pagan Records, numer katalogowy Moon 102. 






2 komentarze:

  1. Będę mysiał kiedys posłuchać. Wątpię, żebym się zdecydował na zakup, ale przesłucham chętnie. Fajny, obszerny wpis.

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam. Choć za pierwszym razem może nie wejść, trzeba dać drugą szansę. Warto posłuchać choćby przez wzgląd na stare czasy :)

    OdpowiedzUsuń