piątek, 29 kwietnia 2016

Hvis Lyset Tar Oss, czyli Theodor Kittelsen rysować potrafi.


Zima, albo późna jesień. Zapomniany, norweski fiord. Wiatr chłoszcze bezlitośnie twarz a chłód północnego powietrza przenika do głębi. Ciemne, stalowoszare niebo powoli toczy się nad szczytami pokrytymi śniegiem. Cisza. Tylko w oddali krzyk jakiegoś zagubionego ptaka. Nad brzegiem kilka chat. Zapuszczone, pokryte mchem dachy, pamiętające lepsze czasy. Gnijące i rozpadające się ściany ukazujące fragmenty opuszczonych dawno temu wnętrz...Cisza. Nawet niebo zastygło wisząc nad tą krainą jak zapowiedź grozy. Nagle ruch. Coś porusza się między chatami. Coś, czy ktoś? Jakiś dziwny stwór a może to po prostu starzec dożywający tu kresu swych dni? A jeśli nie? Jeśli to jakaś zjawa? Porusza się powoli, jakby bojaźliwie by po chwili pokazać w całej okazałości swą straszliwą twarz...

środa, 27 kwietnia 2016

Borknagar, czyli wszystko przez kobiety.


Dla Marty. 

Dziś nie będziemy wracali do zamierzchłej przeszłości, choć początek tej historii to 1996 rok, więc pewnie dla niektórych średniowiecze. Właśnie w tym roku na Świat Norwegia wypuściła kolejny świetny album, czyli debiut Borknagar. Był to, jak się później okazało, początek długiej i owocnej kariery zespołu kierowanego przez Oysteina G. Bruna. Dla mnie był to jeszcze okres, w którym wszystko co opuszczało fiordy, przykuwało mą uwagę. Trudno więc było stać obojętnie, gdy pojawia się nowy zespół a w nim Garm z Ulver czy Ivar z Enslaved.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Reign in Blood, czyli jedz wolniej!


Wiosna 1992 roku. Jakiś czas temu byliśmy już w tym okresie za sprawą Master of Puppets (o niej tutaj). Tym razem jednak autor był już po wysłuchaniu trzeciej płyty Metallicy i po potężnym ciosie z tym związanym. Scorpions i AC/DC wciąż byli ważni (do tej pory są, AC/DC nawet bardzo) ale pojawiła się nowa siła. Czułem, że przede mną wielka przygoda i chciałem rozpocząć ją jak najszybciej. Byłem młody i w gorącej wodzie kąpany a zarazem kompletnie zielony w kwestii metalu. To nie najlepsza mieszanka, ale wtedy kompletnie się tym nie przejmowałem. 

środa, 20 kwietnia 2016

Czas Przed Czasem, czyli Największa Metalowa Tajemnica.


Wracamy do zamierzchłej przeszłości. Lata 1993-1995 wypełnione były poznawaniem, odkrywaniem i eksplorowaniem metalowej sceny. Pisałem już o tym, ale powtórzę – nie było internetu, który podpowiadał, pomagał i pozwalał posłuchać. Nie było sklepów internetowych. Nie było zatem łatwo. Było jednak dzięki temu fajnie. Poznawaliśmy dziesiątki zespołów za pomocą poczty, targowiska i starszych kolegów. Poczta Polska odegrała niepoślednią rolę w rozwoju rodzimej sceny metalowej – przesyłanie sobie kaset, zinów i flyerów miało w pewnym momencie wymiary gigantyczne. Ja załapałem się na końcówkę tego czasu, cieszę się, że jednak mi się udało.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Darkness, czyli co to jest sidi.


Dawno dawno temu, gdy nie było internetu, gdy większość telewizorów to były Rubiny, gdy jeździło się do „erefenu”, pewien młodzieniec poznał płytę CD. To właśnie był owoc wizyty w erefenie :) Nie, nie, mnie tam nie było. Był ojciec kolegi. Ojciec kolegi miał tam rodzinę i często jeździł. Kolega w tamtym czasie był moim najlepszym kumplem i siedzieliśmy razem w ławce. Razem się bawiliśmy (wiecie, urodziny itd.), razem sklejaliśmy modele, potem nawet razem muzykowaliśmy. 

sobota, 9 kwietnia 2016

Anima Lucifera, czyli czemu warto czekać.


Sacrilegium. Kiedyś dawno temu istniał taki zespół, wydał kilka demówek, split i jednego długograja (o nim tutaj). Potem przepadł w mrokach nadmorskich ciemności i nastała cisza. Wejherowo mogło odetchnąć ;) Dla jednych był to zapewne zespół jakich setki, dla innych, w tym mnie, kultowy i bardzo ważny. Po pierwsze to oni jako jedni z pierwszych przecierali w tym kraju ścieżki black metalu, po drugie płytą „Wicher” kupili mnie na zawsze. Kiedy więc dowiedziałem się w 2015 roku, że wracają, bardzo się ucieszyłem. Jednak chwilę potem dopadło mnie zwątpienie – a jeśli nie podołają? Jeśli zburzą mi tą legendę? Znamy takie przypadki. Życie potrafi się okrutnie obejść z powracającymi tuzami sceny. Poza tym, to black metal. Nie do końca potrafię to wyjaśnić, ale odnoszę wrażenie, że w takim thrashu czy death metalu jest to prostsze. W black metalu łatwo zostać swoją własną karykaturą i to bez kilkunastu lat przerwy w aktywnej działalności.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Krew Ogień Śmierć, czyli kwiecień plecień.


Mam problem z tą książką a ja nie lubię mieć problemów z książkami, bo po prostu, najzwyczajniej w Świecie, zaliczam się do tej nielicznej części społeczeństwa, która lubi czytać. Teoretycznie problemów nie powinno być żadnych. Primo – to książka o metalu. Secundo – o szwedzkim metalu. Wreszcie tertio – sam tytuł i okładka zachęcają do przeczytania już z daleka. Krew Ogień Śmierć czyli Blood Fire Death – tytuł jednej z kultowych płyt Bathory. Podtytuł – historia szwedzkiego metalu i na dokładkę zdjęcie wymalowanego faceta jednoznacznie oznajmiające – ta książka jest brutalna! Niestety, nie do końca.

sobota, 2 kwietnia 2016

Krzysiek


Kiedy wspominamy stare czasy, dawne przygody, często wiążą się one z konkretnymi osobami. W przypadku muzycznych podróży mojej młodości jest dokładnie tak samo. Jak pewnie już zauważyliście, wiele płyt czy wręcz całych gatunków odkrył dla mnie ktoś inny. Ale to było wtedy normalne. Mieliśmy to szczęście, że było nas kilku – bardzo mocno przyspieszało to odkrywanie nowych zespołów i wydawnictw. W czasach bez Internetu była to wartość nie do przecenienia. Scena była na początku lat dziewięćdziesiątych już mocno rozwinięta, więc praktycznie nie było dnia (przez kilka lat!) bym nie poznawał czegoś nowego. To był szalony rollercoaster, ekspres w ciemność, ku najbardziej ekstremalnym gatunkom. Nie tylko jednak koledzy byli ludźmi, którzy otwierali przede mną muzyczny Świat. Był też Krzysiek.