czwartek, 24 marca 2016

Wigilia, czyli najlepsze są norweskie kolędy.


1995 rok. Na Lencewicza panuje już mrok i wieczna noc. Liczy się tylko wieczna zima, ciemność i rogaty wpisany w pięcioramienną gwiazdę. Totalna wojna z chrześcijaństwem i bunt przeciwko wszystkiemu co z tym związane. W końcu „Black Metal ist krieg!”

Wigilia. Najchętniej uciekłbym z domu, bo jak się pewnie domyślacie, nie do końca licował ten zwyczaj z moimi przekonaniami. Mam jednak trochę szczęścia w życiu – rodziców, którzy są w porządku. Nigdy nie robili mi problemów ze względu na moje poglądy a poza tym, traktowali święta katolickie, jako święta rodzinne. Chodziło o atmosferę ciepła i miłości (wiem wiem, to też nie bardzo pasuje do wiecznego mrozu i totalnej nocy) w rodzinnym gronie. Nawet opłatek mogłem odpuścić. Z drugiej strony święta zawsze miały jeden wielki, niezaprzeczalny plus. Karpia. Jestem wielkim fanem mięsa, polskiej tradycyjnej kuchni (schabowy to BÓG). Ryby lubię aczkolwiek zawsze były gdzieś w tle. Poza karpiem. Karp to mistrz a smażony karp w wydaniu mojej mamy jest wprost cudowny. Jedliśmy go rzadko, więc można powiedzieć, że niecierpliwie czekałem na święta 

Mama była królową kuchni i nie lubiła gdy się tam próbowaliśmy panoszyć czy jej pomagać. Siedzieliśmy więc z ojcem grzecznie w moim pokoju i słuchaliśmy sobie Immortala – Battles In the North. Dziesięć kolęd z mroźnych fiordów otaczających Bergen. Muzyka wręcz perfekcyjnie dobrana do okazji, prawda? Ojciec, rocznik 1944, przytupuje lekko nogą, bo chłopaki fajnie jadą do przodu. Po chwili jednak chwaląc, wyraża zarazem swoje wątpliwości – no fajnie grają, tylko czy on musi się tak drzeć? No musi tato, taka stylistyka. Aha. Ok. I tupie sobie dalej. Słychać już mamę wzywającą nas na uroczysty posiłek, ale ojciec mówi – jeszcze chwilka Reniu, bo fajnie grają 

Trudno odmówić mu racji. Wiele płyt black metalowych nie wytrzymało presji czasu, przepadły, nie wracam do nich. Battles In the North to jednak klasyk, uważam ją za jedno z najlepszych dokonań norweskiego Black metalu. To już co prawda nie był najlepszy okres dla tego gatunku w kraju fiordów (płyta ukazała się w 1995 roku), powoli to wszystko zaczynało już trącić kabaretem (teledysk do Blashyrkh choćby) ale Bitwy przynajmniej muzycznie trzymają jeszcze bardzo wysoki poziom. 

Posiadam wydanie z 1997 roku. Osmose Productions, numer katalogowy OPCD027.





2 komentarze:

  1. Dla mnie jedyna płyta Immortala, do której mogę na moment wrócić. Dobra sztuka

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie nie jedyna, aczkolwiek ta, do której wracam najchętniej.

    OdpowiedzUsuń