środa, 30 marca 2016

Wicher Falami Ognia, czyli w lesie jak w domu.


W pewnym momencie mojego żarliwego związku z black metalem (początek i rozwój) Papcio Szatan zaczął mnie opuszczać. Nasze drogi zaczęły się rozchodzić gdy ja poszedłem w stronę rodzimych wierzeń a on pozostał w kotle z siarką. Młody maniak porwany piekielnym uniesieniem zaczynał rozumieć, że Szatan to tylko kolejny z wytworów katolickiego przemysłu fantastyki stosowanej i wiara w niego ma taki sam sens jak wiara w katolickiego boga. Dobrze się też złożyło, że w tamtym okresie na scenie mocno widoczny był skręt w stronę pogaństwa, rodzimowierstwa czy jakkolwiek to nazwiecie. 

Tychy to takie fajne miasto, które otoczone jest pięknymi lasami. Wiem, trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, że miasto leży na Górnym Śląsku, zaledwie 20 km od Katowic. Prawda jest jednak taka, że kiedyś była tu potężna Puszcza Pszczyńska a lasy, które podchodziły pod nasze osiedla, były jej pozostałościami. Po wyjściu z bloku, mogłem w lesie znaleźć się w 5 minut. I często z tego przywileju korzystałem. Wiosna, lato, jesień, zima – to nie grało roli. W tamtym czasie spędzaliśmy więcej czasu w lesie niż w barach. Nie było komórek, Internetu, były za to długie spacery i dyskusje. O muzyce, filozofii, wierze, nauce no i o dziewczynach oczywiście też  Mieliśmy swoje ulubione miejsca a nawet ulubione drzewa. Znaliśmy każdą ścieżkę i polanę. Byliśmy u siebie. To było nasze miejsce, nasz drugi dom, nasza ucieczka od rzeczywistości. I kochaliśmy to. 


Jedno z ulubionych miejsc

Nie sposób nie wspomnieć tu o tych wszystkich, z którymi te lasy przemierzałem, czy też muzykowałem (zespół nazywał się Wicher i był pogański do granic możliwości – kto wie, może i o nim kiedyś coś więcej napiszę). Osa, Kołtun, Ziober, Michał, Fajfer, Kastet i inni. Dzięki panowie. Wielu rzeczy się wtedy słuchało, choć na czoło zaczęły się wysuwać zespoły, które sławiły wiarę przodków. Tak jak w przypadku poprzedniego posta miałem problem z dobraniem reprezentatywnej płyty, tak teraz nie miałem żadnego. Gdy myślę o tamtym okresie jedno wydawnictwo od razu pojawia mi się przed oczami. Jedna nazwa i jeden tytuł płyty. Sacrilegium. Wicher. Dla mnie osobiście jedna z najważniejszych polskich płyt black metalowych (na potrzeby tekstu nie będę wchodził w używanie terminów typu pagan black metal, pagan metal itd.). Materiał ukazał się w 1996 roku i do tej pory, pod względem klimatu, nikt go wg mnie nie pobił. To jest właśnie to co wyróżnia „Wicher” – klimat. Ta płyta wręcz krzyczy , że kocha las, naturę, dawnych bogów i Bałtyk. Nie ma ani chwili wątpliwości. Możesz siedzieć w domu i słuchać jej na najnowocześniejszym sprzęcie, ale z pierwszymi dźwiękami odnajdujesz się momentalnie w lesie, tysiąc lat temu… A kulminacją tego albumu jest utwór epokowy, wielki i tak uniwersalnie zawierający w sobie wszystko co powinien hymn zawierać – „Wicher Falami Ognia”. Tekst znam na pamięć do dziś. Jestem pewien, że obudzony w środku nocy potrafię wyrecytować c o najmniej pięć pierwszych wersów. Nie mam wątpliwości, że kilka innych osób też ;) Nie zliczę ile razy śpiewaliśmy ten tekst na naszych leśnych wyprawach. Jestem także pewien, że ten tekst zainspirował kilka liryk, które stworzyłem dla naszego bandu Wicher (oryginalna nazwa zespołu, prawda?).


Autor pod ulubionym dębem

".....Pękła topiel ostrzami cięta
wielkich nożyc, wypłynął z dna klocem
lipowego drewna w muł i zielsko obrosły,
utopiony bożyc i ożył…"


Bożyc ostatnio faktycznie ożył i powrócił, choć już z diabelskimi skrzydłami…Sacrilegium zafundowali sobie niedawno powrót na scenę albumem „Anima Lucifera”. 20 lat po „Wicher”. Ale o tym już w jednym z kolejnych tekstów.

Posiadam wydanie Pagan Records. 1996 rok, numer katalogowy Moon CD 003.








"Wicher" na Discogs:

4 komentarze:

  1. najlepsze czasy.
    czy tam to nie ja w satyriconie?

    OdpowiedzUsuń
  2. nie wiem czy w Satyriconie, ale tak, to Ty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zajebiaszcze wyprawy do lasu, z zamarzniętymi śpikami w nosie, albo odpalanie fajki jednej od drugiej, bo na wejściu do lasu zuzylismy ostatnią zapałkę :) Templum, dąb i stawy wokoło. Normalnie trzeba było na leśniczego iść :)

    OdpowiedzUsuń
  4. zimowe wyprawy miały dużo uroku i długo schnące buty :)

    OdpowiedzUsuń