sobota, 26 marca 2016

Oczekiwanie u bram, czyli o wierności i o odrodzeniu.


At The Gates, bo o nich będzie mowa w dzisiejszym tekście, poznałem zapewne pod koniec 1993 roku. Był to okres gdy liczba nowych kapel death metalowych poznawanych każdego tygodnia była większa niż ilość kalorii w obiadach mojej mamy (wspaniała, polska kuchnia, którą kocham do dziś). Często kaseta lądująca w magnetofonie szybko go opuszczała, ale były zespoły, które zostawały na dłużej. A były też takie, które zostały do dzisiaj i zdążyły w tym czasie urosnąć do rangi kultu totalnego. 

Największym zwolennikiem ATG w naszym gronie był bez wątpienia Dominik (facet miał ogólnie dobry zmysł odkrywczy – Bathory to też jego zasługa) i to właśnie dzięki niemu usłyszałem „With Fear I Kiss the Burning Darkness”, czyli drugą płytę Szwedów. Intrygująca okładka, bez wnętrzności, diabłów, pentagramów i tego typu piekielnych atrybutów. Muzyka inna od wszystkiego co słyszałem. Chaos kontrolowany, połamane harmonie i rytmy. No i dzikie krzyki Tompy. Szwedzki death metal. Jedna z ikon gatunku, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Szybko zapoznałem się z jedynką w ich twórczości – „The red in the sky is ours”. Okazało się jednak, że ta płyta nie przypadła mi aż tak do gustu i do tej pory mam z nią problem. Wydania „Terminal Spirit Disease” i „Slaughter of the Soul” przeżyłem już “na żywo”, bo to odpowiednio 1994 i 1995 rok. Jak wszyscy maniacy wiedzą, ta ostatnia to prawdziwy hit, cios potężny jednak zarazem pewna zmiana stylistyki – utwory to wręcz hity, chwytliwe, średniej długości numery, mocno różniące się od wcześniejszych połamanych i dzikich kawałków. Ale co z tego? To wspaniała płyta. Płyta, która uczyniła Szwedów nieśmiertelnymi. Przynajmniej w naszych oczach, bo zespół krótko potem się rozpadł. Teoretycznie najlepiej odejść, gdy jest się na szczycie, niedosyt jednak pozostał. Chcieliśmy więcej. Mijały lata, szwedzki death metal z najlepszych lat odszedł w zapomnienie. Nagle, w 2014 roku pojawia się informacja, że będzie nowa płyta At The Gates! Co za radość! Zaczęło się oczekiwanie. Końcowe oczekiwanie dziewiętnastu lat czekania, choć oczywiście nikt przez te 19 lat tego nie brał pod uwagę. 19 lat! Ludzie, przecież to prawie wieczność! Wreszcie zbliża się premiera, płyta już zamówiona. Jest awizo, bieg na pocztę, powrót do domu i nie ma mnie. Znikam. Słuchawki, książeczka z tekstami otwarta i jedziemy! „At war with reality” nie zawiodła, ale też nie powaliła. To płyta świetna, chyba po prostu zbyt wielkie były oczekiwania i za bardzo nadmuchany balon. Jednak podkreślam, nie zrozumcie mnie źle – bardzo mi się podoba i uważam, że to jeden z tych powrotów, które wytrzymały zderzenie z wielkością nazwy swych twórców. Jak wiemy, nie wszystkie takie powroty skończyły się dobrze. Potem był pierwszy w moim życiu koncert Szwedów (wcześniej po prostu nie było okazji) w Proximie, jeszcze tego samego roku drugi – na Brutal Assault Festival. Nie zawiedli. Na żywo to machina wojenna nie biorąca jeńców. 19 lat. Tyle czekałem na powrót legendy. Ludzie rodzili się i umierali, wchodzili w dorosłość, zaczynali słuchać metalu, przestawali go słuchać. A ja trwałem. Co pewien czas wracałem do starych wydawnictw bez nadziei na nowe. Niespodzianka przyszła nieoczekiwanie (jak to niespodzianki mają w zwyczaju), jednak cieszę się bardzo, że była mi ona dana i dziękuję za to losowi. Bo legenda żyje i ma się dobrze. 

Posiadam wydanie zremasterowane i z bonusami niestety. Niestety, bo tego pieroństwa nie lubię :) Earache Records 2002 rok. Numer katalogowy Mosh 143CD.






"Slaughter of the Soul" na Discogs:
Tu zaszalałem i zafundowałem sobie wydanie "digi book" :) Century Media, 2014, numer katalogowy 9984380.






"At War with Reality" na Discogs:

2 komentarze: