poniedziałek, 21 marca 2016

Dylematy młodości, butelka na czole i urodziny, czyli wszystko by Wielbić Jego.


Październik 1996 roku. Internet podpowiada (jakie to cudowne narzędzie!), że był to dwunasty dzień tego miesiąca. Nie ma powodu, by nie wierzyć. Koncert w katowickim Mega Clubie (jeszcze tym starym) – Samael, Moonspell i Rotting Christ. W tamtym czasie wymarzony zestaw. Samael właśnie wydał Passage, Moonspell promował Irreligious a Grecy przyjechali z cudowną Triarchy of the lost lovers (o tej płycie więcej tutaj). Absolutny mus w koncertowym kalendarzu. Wiecie, to były czasy, gdy koncertów nie było tyle, co dziś. Jeździło się na wszystko na co się dało. Oczywiście do Katowic, bo w tamtym czasie (i jeszcze długo później) do Tychów nikt nie przyjeżdżał.


Siedziba dawnego Mega - budynek starego dworca

Był tylko jeden problem. Tego dnia kolega odprawiał 18-te urodziny. No i dylemat – urodziny kumpla ważne, ale jak tu opuścić takie wydarzenie? Powiedziałem sobie w końcu, że to pogodzę – najpierw koncert, potem impreza. Cała reszta ekipy wybrała tylko urodziny, więc do Katowic pojechałem sam. Stary Mega to było bardzo klimatyczne i fajne miejsce, jednak nie bardzo duże. 500 osób i już bywało ciasno. Zainteresowanie tym koncertem było tak ogromne, że nie wszyscy zostali wpuszczeni. Widziałem przed wejściem gościa, który mając bilet w ręku nie został wpuszczony. W geście protestu, krzycząc „Ave Szatan” rozbił sobie butelkę wina na głowie. Na szczęście taniego wina ;) Gdy na scenie pojawił się Rotting Christ, koledzy w Tychach pewnie rozpoczynali imprezę. Jednak pierwsze dźwięki King of a stellar war sprawiły, że już nawet nie myślałem o Tychach a co dopiero o imprezie! Trzech facetów równiutko kręcących głowami do tego wspaniałego utworu – pamiętam to jak dziś. No i szalejąca publika. Od samego początku. To były te cudowne czasy, kiedy ludzie bawili się na koncertach i do domu wracało się z posklejanymi włosami (wtedy były jeszcze długie) i mocno zmęczonym. Drugi był Moonspell. Fernando po polsku wyraził swoje zdanie o organizacji (ktoś napisał mu na ręce co ma powiedzieć) i zaczęli. Ten koncert pamiętam najsłabiej, pewnie dlatego, że wszystko przesłoniło główne danie wieczoru – szwajcarski Samael. Mamusiu! Pierwszy był Rain z Passage a potem szaleństwo. Totalne. To co się działo pod sceną trudno opisać. To było jak szalone misterium, jakiś rytuał plemienny pomieszany z masową kotłowaniną i walką o ogień. Apogeum nastąpiło przy Into the pentagram – kultowym utworze z pierwszej płyty Samaela – Worship Him (nota bene na koncercie byłem w bluzie z okładką tej płyty). To wolny i potężny utwór, niesamowicie mroczny. Wszyscy byli już mocno zmęczeni więc wśród tych migających świateł sprawiali wrażenie otumanionych zombie kręcących się w kółko. Ja miałem siłę już tylko stać z rogami w górze, lekko ruszając głową. Na moim ramieniu opierała się jakaś dziewczyna, robiąca dokładnie to co ja i wyglądająca jakby zaraz miała w ekstazie odpłynąć. Niesamowite przeżycie. Jeden z najlepszych koncertów mego życia. Na imprezę dotarłem potwornie zmęczony ale szczęśliwy. Koleżanki ratowały moje posklejane włosy a piwko cudownie regenerowało organizm…

Tym razem zdjęcia cudem ocalałej kasety. Wydanie Morbid Noizz z 1995 roku. Numer katalogowy 011.





2 komentarze:

  1. Do dzisiaj pluję sobie w twarz, że na ten koncert nie pojechałem...

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja do dzisiaj cieszę się, że pojechałem :)

    OdpowiedzUsuń