wtorek, 15 marca 2016

Cios z kasprzaka, czyli przełom

Wiosna 1992 roku. Scorpions i AC/DC. Jako bardzo młody ale zarazem bardzo świadomy człowiek, byłem pewien, że dobrnąłem do wyżyn mocnego rockowego grania i nic mnie już nie zaskoczy. No bo kto może krzyczeć głośniej od Briana i wyginać lepiej na wiośle od Angusa? Gdybym ja wtedy wiedział co dopiero było przede mną! Z drugiej strony, jak się nad tym zastanowić, to nawet dobrze, że tak myślałem – pozwoliło mi to na setki niespodzianek w przyszłości. Pierwsza, zarazem najbardziej znacząca, nadeszła właśnie tamtej wiosny. Tamtego pamiętnego dnia przeskoczyłem w inny wymiar i tkwię w nim do dziś. Kolega pożyczył mi przegrywaną kasetę jakiejś Metallicy. Jakiejś, bo wtedy ta nazwa nic dla mnie nie znaczyła. Kilka godzin później, była już wszystkim. Wszystkim co ważne, ba, najważniejsze przez kolejny rok! Wróciłem do domu i załadowałem kasetę do dzielnego Kasprzaka (taki stary polski jednokasetowy kultowy magnetofon – zdjęcie poniżej).



Wszystko to co stało się wraz z końcówką akustycznego intro do Battery, jest jak opowieść pijanego i naćpanego faceta próbującego pozbierać się z podłogi po potężnym ciosie w mordę. Właśnie tyle pamiętam – dostałem w mordę. Mocno. Był to cios który wrzucił mnie w inny wymiar i spowodował emocjonalne uniesienie wielkości Mount Everest. To był inny świat. Inny wymiar, inna świadomość. Master of Puppets. Tamtego dnia słuchałem jej w kółko. Tamten dzień odmienił wszystko i wytyczył ścieżkę na przyszłe długie lata. Tamtego dnia stałem się mężczyzną, który już wiedział, że można krzyczeć głośniej od Briana i ostrzej wymiatać na wiośle od Angusa. Tamtego dnia poznałem metal. 

Posiadam wydanie z 1989 roku na rynek europejski. Vertigo, numer katalogowy 838 141-2.








3 komentarze:

  1. Ja na tą płytę również trafiłem dużo później, ale nadrobiłem zaległości wałkując ją do granic możliwości. Do teko zakupiłem plakat, koszulkę i bluzę z płytą MoF. Pamiętam do dziś, że mój nie rozumiejący mnie ojciec, zawsze dogryzał mi z cmentarna koszulką.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tez miałem koszulkę MoP. Do tego bluzę i worek :) prawda jest taka, że koszulek Mety nie jestem w stanie zliczyć, tyle ich było ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam dokładnie to samo wydanie 838 141-2, które ustrzegło się tej całej Loudness War, tak dokuczliwej ostatnimi laty. Moje najwcześniejsze wspomnienie związane z tą płytą, jak i z zespołem Metallica to czas ostatnich lat podstawówki 1993-1994 rok. Ja zafascynowany wtedy Pink Floyd z pewnego rodzaju fascynacją przyglądałem się kolegom z wyższych klas szkoły podstawowej, którzy wyglądali dla mnie wówczas o wiele doroślej niż na prawdę byli. Większość z nich nosiła koszulki Mgadeth, Death i Metallici właśnie. Ja z twórczości Metallici znałem wtedy tylko Czarny Album a po płyty wcześniejsze sięgnąłem dopiero w liceum gdy moja o głowa dzięki audycjom Piotra Kaczkowskiego w Trójce, które nauczyły mnie tolerancji i miłości do chyba każdego gatunku muzycznego. Oczywiście znałem utwór tytułowy, ale wysłuchawszy całej płyty zafascynowany byłem jej eklektyzmem. Okazało się, że Panowie nie tylko potrafią nieźle przywalić riffami ale także nieobce są im klimaty akustyczne, które wetknięte między cięższe fragmenty stanowiły idealną przeciwwagę na każdej chyba płycie. Metallica lat 80-tych to było coś. Później już było różnie.

    OdpowiedzUsuń