poniedziałek, 28 marca 2016

Ciemność widzę, ciemność.


1994 – 1995. Ciemność. Widział ją bohater Seksmisji, grany przez Jerzego Stuhra, widziałem ją i ja. Widziałem, czułem i dotykałem. Ona była moim światem, otoczeniem, powietrzem i wodą. Black metal i rogaty kozioł. Papa Szatan był wszystkim. O tym jak ta podróż się zaczęła, pisałem tutaj. Był to też czas, gdy black metal święcił (sic!) triumfy. Norwegia wypluwała coraz to nowsze, bluźniercze akty a za nią szły inne kraje. Liczba wymalowanych mord na scenie była większa od ilości wiernych na pasterce. Nie wszyscy potrafili dobrze grać ale wszyscy wyglądali jak samo zło i byli tak mroczni jak piekło, którym ksiądz straszył na katechezie.

Żarty się skończyły, wojna trwała na całego. W Norwegii płonęły kościoły i ginęli ludzie a w oczach młodego chłopaka wyglądało to jak początek rewolucji. Rewolucji, której chciało się być częścią. Wtedy, na początku, polegało to na słuchaniu wszystkiego co black metal wydał na Świat. Kryterium zakupu kasety czy płyty było proste – jeśli na okładce był wymalowany ryj jakiegoś młodzieńca lub więcej niż jeden pentagram albo odwrócony krzyż – wydawnictwo momentalnie lądowało w mojej kieszeni. Dość szybko odkryłem, że „bardzo zła i mroczna” okładka nie gwarantuje wysokiego poziomu muzycznego, ale pamiętajmy – black metal to ideologia, muzyka dla mnie zawsze była na drugim planie ;)


Fenriz
Autor tekstu. 1996 rok.

Długo myślałem, która płyta będzie najlepsza do zilustrowania tamtego okresu i wszystkiego co się z nim wiązało. Bogactwo wyboru nie zawsze jest powodem do radości. Finalnie padło na Darkthrone i ich drugą płytę - A Blaze in the Northern Sky. Z kilku powodów. Po pierwsze, na okładce jest wymalowany gość. Po drugie, to jedna z najlepszych płyt w historii norweskiego black metalu. Po trzecie, ma wspaniały tytuł, oddający poetycko istotę całego ruchu black metalowego w tamtych czasach. Po czwarte i ostatnie – odkryłem ją sam. To druga płyta w dyskografii Darkthrone, pierwsza tak naprawdę black metalowa. Sam Fenriz twierdzi co prawda, że tylko trzy utwory na tej płycie to black metal, reszta to jeszcze death (taka była jedynka w ich dorobku – Soulside Journey), ale ja się z nim nie zgadzam. A nawet jeśli ma rację, to wyszło z tego połączenia coś pięknego. Pewnie nie o to Norwegom chodziło, bo już na kolejnej płycie się poprawili i stworzyli bardzo podziemny materiał. „A Blaze...” to ich przetarcie szlaku, wejście w pewne novum i chyba dlatego tak fajnie ta płyta wyszła. Jest to kanon black metalu nie do końca stylistycznie czysto black metalowy. Nie zmienia to faktu, że jest na tej płycie zło. Wystarczy posłuchać samego intro, będącego jednym z najlepszych wstępniaków w historii gatunku. 

Posiadam dwupłytowe wznowienie z 2012 roku. Peaceville Records, numer katalogowy CDVILED415X. Druga płyta to muzyka z równoczesnym komentarzem Fenriza. 






"A Blaze in the Nothern Sky" na Discogs:

2 komentarze:

  1. Mnie DT nigdy nie porwał. Nie wiem dlaczego, bo Black Metalu słuchałem sporo. Ale czasy to były zacne. Czarne płaszcze, długie włosy, odwrócone krzyże na szyjach, glaniory i plecaki kostki (jedyne prawilne dla blackmetalowego licealisty :) )

    OdpowiedzUsuń
  2. oj tak, było fajnie :) i te reakcje niektórych ludzi ;)

    OdpowiedzUsuń