środa, 23 marca 2016

Anthrax, czyli trudny związek i randka po latach.


Na jednej szali – Anthrax. Metalowa legenda. 11 płyt studyjnych, tysiące koncertów, miliony fanów. Zespół założony w 1981 roku, zaliczany do wielkiej czwórki thrash metalu. Na drugiej szali – ja. Metalowy maniak. Tysiące przesłuchanych albumów, setki koncertów. Metalem zarażony 25 lat temu, zaliczany do nieuleczalnych fanatyków.


Spotykaliśmy się nie raz. Przy różnych okazjach – a to „Fistful of Metal”, a to „Among the Living”, czy wreszcie „Persistence of Time”. Były to fajne spotkania. Takie, na których jest o czym pogadać, bo obie strony mają podobne zainteresowania, wiedzą o czym mówią ale też mają konkretne oczekiwania co do tego, co usłyszą. To były spotkania dobrych znajomych, takich, co to na piwo razem pójdą ale do łóżka już raczej nie. Brakowało na tych spotkaniach chemii. Niby wszystko było ok, ale jednak zawsze czegoś brakowało.

Niedawno spotkaliśmy się znowu. Po bardzo długiej przerwie, bo w pewnym momencie jedna strona stwierdziła, że dłuższa przerwa jest potrzebna. Spotkanie zainspirowała osoba trzecia (pozdrowienia Adam!), zainteresowana moją opinią o najnowszym, jedenastym albumie Anthrax. Pomyślałem – a co mi tam, tyle już się nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy – zaryzykuję! Żyje się raz!

Dobrze zrobiłem, bo powiem Wam, że ten nowy Anthrax, to jak dawno nie widziana koleżanka z czasów liceum – minęło 10 lat a ona ze średnio urodziwej przerodziła się w prawdziwą piękność. Taką, że aż Was zatyka. Taka właśnie była ta nasza pierwsza randka po latach. Zatkało mnie. „For All Kings”, bo taki tytuł nosi ten album, to dzieło od pierwszej do ostatniej minuty wspaniałe. Ukazał się w lutym tego roku, ale już jest mocnym kandydatem do co najmniej pierwszej piątki roku. Ta płyta ma coś, czego wg mnie nie miały poprzednie – jest w całości porywająca. Nie ma ani sekundy nudy. Praca gitar, harmonie, melodie, mięsiste prawdziwie thrashowe riffy niosą tę płytę jak odrzutowiec po tankowaniu. Panowie jakby właśnie odnaleźli drugą młodość – najlepszym dowodem są wokale Joey'a Belladonny. Facet śpiewa jakby miał raz jeszcze 25 lat. A najlepsze jest to, że ta płyta całkowicie hamuje mnie przed powrotem do starszych nagrań. Bo przecież widząc, jak piękna jest ta koleżanka z liceum teraz, nie ma potrzeby oglądać jej starych zdjęć. Lepiej poczekać i zobaczyć, co przyniesie przyszłość. Jedno jest pewne, na randkę z „For All Kings” pójdę jeszcze nie raz.


Posiadam wydanie europejskie, Nuclear Blast, numer katalogowy NB 3567-2.







"For All Kings" na Discogs:
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz