środa, 30 marca 2016

Wicher Falami Ognia, czyli w lesie jak w domu.


W pewnym momencie mojego żarliwego związku z black metalem (początek i rozwój) Papcio Szatan zaczął mnie opuszczać. Nasze drogi zaczęły się rozchodzić gdy ja poszedłem w stronę rodzimych wierzeń a on pozostał w kotle z siarką. Młody maniak porwany piekielnym uniesieniem zaczynał rozumieć, że Szatan to tylko kolejny z wytworów katolickiego przemysłu fantastyki stosowanej i wiara w niego ma taki sam sens jak wiara w katolickiego boga. Dobrze się też złożyło, że w tamtym okresie na scenie mocno widoczny był skręt w stronę pogaństwa, rodzimowierstwa czy jakkolwiek to nazwiecie. 

poniedziałek, 28 marca 2016

Ciemność widzę, ciemność.


1994 – 1995. Ciemność. Widział ją bohater Seksmisji, grany przez Jerzego Stuhra, widziałem ją i ja. Widziałem, czułem i dotykałem. Ona była moim światem, otoczeniem, powietrzem i wodą. Black metal i rogaty kozioł. Papa Szatan był wszystkim. O tym jak ta podróż się zaczęła, pisałem tutaj. Był to też czas, gdy black metal święcił (sic!) triumfy. Norwegia wypluwała coraz to nowsze, bluźniercze akty a za nią szły inne kraje. Liczba wymalowanych mord na scenie była większa od ilości wiernych na pasterce. Nie wszyscy potrafili dobrze grać ale wszyscy wyglądali jak samo zło i byli tak mroczni jak piekło, którym ksiądz straszył na katechezie.

sobota, 26 marca 2016

Oczekiwanie u bram, czyli o wierności i o odrodzeniu.


At The Gates, bo o nich będzie mowa w dzisiejszym tekście, poznałem zapewne pod koniec 1993 roku. Był to okres gdy liczba nowych kapel death metalowych poznawanych każdego tygodnia była większa niż ilość kalorii w obiadach mojej mamy (wspaniała, polska kuchnia, którą kocham do dziś). Często kaseta lądująca w magnetofonie szybko go opuszczała, ale były zespoły, które zostawały na dłużej. A były też takie, które zostały do dzisiaj i zdążyły w tym czasie urosnąć do rangi kultu totalnego. 

czwartek, 24 marca 2016

Wigilia, czyli najlepsze są norweskie kolędy.


1995 rok. Na Lencewicza panuje już mrok i wieczna noc. Liczy się tylko wieczna zima, ciemność i rogaty wpisany w pięcioramienną gwiazdę. Totalna wojna z chrześcijaństwem i bunt przeciwko wszystkiemu co z tym związane. W końcu „Black Metal ist krieg!”

środa, 23 marca 2016

Anthrax, czyli trudny związek i randka po latach.


Na jednej szali – Anthrax. Metalowa legenda. 11 płyt studyjnych, tysiące koncertów, miliony fanów. Zespół założony w 1981 roku, zaliczany do wielkiej czwórki thrash metalu. Na drugiej szali – ja. Metalowy maniak. Tysiące przesłuchanych albumów, setki koncertów. Metalem zarażony 25 lat temu, zaliczany do nieuleczalnych fanatyków.

poniedziałek, 21 marca 2016

Dylematy młodości, butelka na czole i urodziny, czyli wszystko by Wielbić Jego.


Październik 1996 roku. Internet podpowiada (jakie to cudowne narzędzie!), że był to dwunasty dzień tego miesiąca. Nie ma powodu, by nie wierzyć. Koncert w katowickim Mega Clubie (jeszcze tym starym) – Samael, Moonspell i Rotting Christ. W tamtym czasie wymarzony zestaw. Samael właśnie wydał Passage, Moonspell promował Irreligious a Grecy przyjechali z cudowną Triarchy of the lost lovers (o tej płycie więcej tutaj). Absolutny mus w koncertowym kalendarzu. Wiecie, to były czasy, gdy koncertów nie było tyle, co dziś. Jeździło się na wszystko na co się dało. Oczywiście do Katowic, bo w tamtym czasie (i jeszcze długo później) do Tychów nikt nie przyjeżdżał.

sobota, 19 marca 2016

Stolica w deszczu, czyli Czwarta Krucjata.


1993. Ósma klasa podstawówki. Jesień. To był okres gdy liczył się tylko Death Metal. Im mocniej, brutalniej i szybciej – tym lepiej. Był to też czas, gdy zespoły poznawało się inaczej niż dzisiaj – nie było internetu, co znacząco utrudniało sprawę. Z drugiej strony dawało to dużo więcej radości. Odkrywanie. Poznawanie. Ta niepewność, czy kaseta, którą właśnie kupiłem, będzie dobra. Czasami jednak można było czegoś przed zakupem o zespole się dowiedzieć. Jednym ze źródeł był program Headbangers Ball. Program emitowany na kanale MTV.

czwartek, 17 marca 2016

Cymbałki, czyli podróż w ciemność


Z pozdrowieniami dla Tomka – jednego z tych, z którymi odkrywałem nowe przestrzenie muzyki.

1994 rok. Było ciepło, więc pewnie zaawansowana wiosna lub nawet lato. Siedzimy na ławce pod jednym z bloków na naszym osiedlu. Walkman pod ręką a w nim bez wątpienia jakiś Death Metal. Tak, to był ten okres. Im brutalniej tym lepiej. Ściana dźwięku, obłąkane solówki z obowiązkowym wibratorem i ryk jakby z najgłębszych czeluści kanalizacji. To wtedy był mój styl. Moja miłość i ścieżka. Obituary, Cannibal Corpse, Napalm Death, Bolt Thrower, Malevolent Creation, Vader…Wszystko co było lżejsze było muzyką dla dziewczyn i leszczy ;) Aż tu nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, Tomek wyciąga coś nowego.

wtorek, 15 marca 2016

Cios z kasprzaka, czyli przełom

Wiosna 1992 roku. Scorpions i AC/DC. Jako bardzo młody ale zarazem bardzo świadomy człowiek, byłem pewien, że dobrnąłem do wyżyn mocnego rockowego grania i nic mnie już nie zaskoczy. No bo kto może krzyczeć głośniej od Briana i wyginać lepiej na wiośle od Angusa? Gdybym ja wtedy wiedział co dopiero było przede mną! Z drugiej strony, jak się nad tym zastanowić, to nawet dobrze, że tak myślałem – pozwoliło mi to na setki niespodzianek w przyszłości. Pierwsza, zarazem najbardziej znacząca, nadeszła właśnie tamtej wiosny. Tamtego pamiętnego dnia przeskoczyłem w inny wymiar i tkwię w nim do dziś. Kolega pożyczył mi przegrywaną kasetę jakiejś Metallicy. Jakiejś, bo wtedy ta nazwa nic dla mnie nie znaczyła. Kilka godzin później, była już wszystkim. Wszystkim co ważne, ba, najważniejsze przez kolejny rok! Wróciłem do domu i załadowałem kasetę do dzielnego Kasprzaka (taki stary polski jednokasetowy kultowy magnetofon – zdjęcie poniżej).

poniedziałek, 14 marca 2016

Piłkarzyki

Ponownie 1993 rok. Wakacje pomiędzy siódmą a ósmą klasą. Szkolne czasy mają to do siebie, że wakacje są długie a rodzice robili wszystko by jak najlepiej je swojej pociesze wypełnić. W 1993 roku jednym z punktów był wyjazd na wczasy do Jeleśni. Jeżeli nie wiecie gdzie dokładnie znajduje się ta miejscowość, pomoże Wam zamieszczona poniżej mapka.


sobota, 12 marca 2016

Koniec, czyli początek

1993. Siódma klasa podstawówki. Zbliżają się wakacje. Świat młodzieńczych miłości i fascynacji. Świat rodzącego się dobrobytu i powszechnej dostępności towarów. Świat odkrywania. Cała moja ósma i kawałek siódmej klasy to okres niestrudzonego podróżowania po najczarniejszych zakątkach metalu. Właśnie opuściłem ciepłą kołyskę Metallicy i wypłynąłem na suchego przestwór oceanu….znaczy odkryłem świat poza Jamesem i spółką. A Świat to piękny był i bogaty. Był to też okres w którym kasety pirackie ustępowały powoli miejsca oryginalnym – tym z Metal Mind. Pamiętam ten ciepły wiosenny dzień, lekcja bodajże matematyki, czyli dla mnie męczarnie ;) W klasie było nas pięciu, porwanych obłędem metalu. W pewnej chwili pocztą „podaj dalej” dociera do mnie kaseta z komentarzem – „patrz na to stary!” – podniecenia kolega ukryć nie umiał. No więc patrzę. Wkładka większa niż jedna strona! Zdjęcie zespołu! Ludzie kochani! Ja czegoś takiego na oczy wcześniej nie widziałem.

Balustrada

1996. Pamiętam ten upalny wrześniowy dzień dość dobrze. To zabawne gdy się nad tym zastanowić – wielu ważniejszych dni nie pamiętam kompletnie. Nie, nie – alkohol nie miał z tym nic wspólnego. Poranny sobotni spacer do centrum. Cel – wielkie targowisko a konkretnie jedyne warte uwagi stoisko z kasetami (tak tak, wtedy stanowiły większość), koszulkami, płytami. Krzysiek (RIP), sprzedawca, informuje że ma już nowy Rotting Christ – kaseta oryginalna z Metal Mind. Bez większego zastanowienia wyciągam ciężko zarobione przez moich rodziców złocisze i Gnijący ląduje w mojej kieszeni.