czwartek, 29 grudnia 2016

Księżyc krzyczy, czyli podsumowanie 2016 roku.


Uff, cóż to był za rok! Takiego bogactwa świetnych materiałów nie pamiętam dawno. Jasne, każdego roku ukazuje się ich dużo, ale ten rok brylował pod względem jakości. Szczególnie na krajowej scenie, która jest w tej chwili niesamowicie mocna. Oczywiście i za naszymi granicami nie próżnowali co w efekcie dało dwanaście pełnych ogromnych emocji miesięcy. Wspaniałe debiuty, udane powroty i sporo zaskoczeń. Długo zastanawiałem się jak ma finalnie wyglądać lista najlepszych, moim zdaniem, wydawnictw 2016 roku. Koniec końców postanowiłem umieścić na niej dwadzieścia wydawnictw, dziesięć polskich i dziesięć zagranicznych. Wydawnictw, bo znajdziecie tu nie tylko pełnowymiarowe albumy ale także EPki. Ten rok pokazał dobitnie, że dwudziestominutowy materiał może bez kompleksów konkurować z godzinną płytą. Zamieściłem tylko i wyłącznie materiały, które udało mi się dobrze poznać i posiadam je na CD. Są to też, siłą rzeczy, wydawnictwa o których pisałem. Każda pozycja to link do tekstu, więc jeśli chcecie sobie odświeżyć moje spojrzenie na te płyty, nic prostszego. Miejcie też pełną świadomość, że lista jest jak najbardziej subiektywna :) Łatwo nie było :)

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Haka death metalu, czyli Ulcerate.


Mam przyjaciela, który postanowił sobie, że kiedyś zamieszka w Nowej Zelandii. Dawniej było to tylko odległe marzenie, teraz ma już nawet dalekosiężny plan mający pomóc w jego realizacji. To piękny kraj – wiem, choć nie byłem. Wystarczyło oglądać Władcę Pierścieni by się przekonać. Do tego dobrze grają tam w rugby a to przecież wspaniały sport. Przed meczem można obejrzeć niesamowitą hakę. Teoretycznie same plusy, więc się przyjacielowi nie dziwię. Jeśli kiedykolwiek dopnie swego, poproszę go by w moim imieniu przybił piątkę z panami z Ulcerate. Należy im się. 

Nowa Zelandia nie kojarzy się mocno z metalem. Ba, ani trochę się tak nie kojarzy. A jednak, jest tam kilka dobrych zespołów. Najlepszym wg mnie jest Ulcerate, przedstawiciele death metalu. Jakiś czas temu wydali piąty studyjny album - „Shrines of Paralysis”. I jest to cios.

czwartek, 22 grudnia 2016

Kolejny spacer fińskim lasem.


Znowu jestem w Finlandii. Znowu wybieram się na długi spacer. Gdy byłem tu ostatni raz, w październiku, była piękna, przyjazna jesień i ścieżka mej wędrówki wiodła przez tereny dobrze znane i przyjazne. Dziś jest grudzień. Jest ponuro i mroźno, ale śnieg jeszcze nie pokrył obficie ziemi. W lesie zaległa mgła i nie do końca znam drogę, która przede mną. Pod skórą czuję, że gdzieś tu, w tych lasach czai się zło. Nie wiem co to, nie wiem kto to, ale odczuwam niepokój, momentami strach. Mgła otacza mnie szczelnie, czasami się potykam. Jest mokro i wilgoć wdziera się pod ubranie. Ale idę, bo każda wizyta w Kraju Tysiąca Jezior, musi zakończyć się spacerem. Mija kilkanaście minut i zaczynam czuć się pewniej. Jakbym poznawał okolicę, jakby mgła była rzadsza. Widzę przed sobą przyjazną ścieżkę i przestaję odczuwać ten irracjonalny strach. Uśmiecham się i do końca spaceru czuję się jak w październiku. Ależ ta Finlandia jest piękna!

środa, 21 grudnia 2016

W poszukiwaniu galaktyk i doskonałego death metalu.


Roboty, planety i statki międzygwiezdne. N-maszyny, dyktatorzy i genetyczne eksperymenty. Neutrony, maszyny i gwiazdy. Człowiek, władza i strach. Posiadanie i centralne sterowanie. Konflikty i dyktatorzy. Nimfy, komputery i pranie mózgu. Cyberpułapki, stwórcy i Neony. Planety, Ziemia i nekrosfera. Astronauci, Nebule, androidy i ElektroDragon. Architekci Wszechświata i Lem. 

Stanisław Lem i death metal. Mission impossible? Nie, to „Mission One”.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Sto.


Strzeliła setka. Były prezydent robi ją w sekundę, Usain Bolt w dziewięć, mi zajęło to w przybliżeniu dziewięć miesięcy (pierwszy wpis pochodzi z 12 marca).Sprinterem nie jestem, prezydentem raczej nie zostanę, mam natomiast zamiar pisać nadal. Lubię to i kropka. Kiedy w lipcu świętowałem pięćdziesiąty tekst, pisałem, że blog sprawia mi masę frajdy, że zmienił moje życie. Nic w tej kwestii się nie zmieniło. Żyję tym blogowym rytmem od marca i poruszam się w nim już całkiem nieźle. Inną sprawą jest obfitość wydawnicza tego roku, szczególnie na krajowej scenie. To ona nie pozwala robić dłuższych przerw, bo co chwilę wychodzi świetny album. Niesamowicie cieszy mnie tak duża aktywność i idąca z nią w parze jakość na krajowym podwórku. Dobrze obrazuje to sytuacja wśród tagów.

piątek, 16 grudnia 2016

Wędrówka w świetle księżyca.


Grudniowa noc. Mroźna i kłująca. Za oknem piękny, jasny księżyc wędruje po rozgwieżdżonym niebie. Rozświetla mrok jakby chciał się od niego uwolnić, choć jest jego nieodrodną częścią. Wskazuje drogę. A ja słucham najnowszej płyty Arkony i wiem już, że to kolejna tegoroczna muzyczna wędrówka, której szlak przemierzę nie raz. 

środa, 14 grudnia 2016

Wrota black metalu szeroko otwarte.


Wrota już nie zamknięte. Wrota black metalu już dawno zostały otwarte i wpuszczają do hermetycznego niegdyś gatunku, coraz więcej obcych mu wpływów. Kolejne zespoły eksperymentują, wymyślają, kręcą i udziwniają. Został nawet ukuty termin „post black metal”, którego swoją drogą nie znoszę. Jedni potrafią to robić, inni mniej a jeszcze innych zaprowadziło to do granic absurdu i ośmieszenia. Do tej pierwszej kategorii zdecydowanie zalicza się duet z Mińska Mazowieckiego, Misanthropic Rage.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Wieczorne medytacje na suchym oceanie.


„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, 
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, 
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, 
Omijam koralowe ostrowy burzanu. 
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu; 
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi; 
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.” *

piątek, 9 grudnia 2016

Porzućcie wszelką nadzieję...


Nie jest to płyta pierwszego kontaktu. Gdy po czterdziestu minutach wybrzmiał ostatni dźwięk i nastała cisza, zastanawiałem się czy posłuchać czegoś innego (kilka nowości czeka) czy może obejrzeć magazyn informacyjny. Szczerze mówiąc to byłem gotów nawet na dwa pod rząd (w telewizji prywatnej i publicznej) byle tylko nie wracać do tej płyty. Ostatecznie jednak coś mnie podkusiło i raz jeszcze nacisnąłem play. 

środa, 7 grudnia 2016

1914, czyli błoto, okopy, maski gazowe i metal.


Wczoraj byłem na wojnie. W brudnym hełmie i wytartym, starym płaszczu siedziałem w zatęchłym okopie, nie myśląc o niczym. Dookoła tylko beznadzieja i nawet ten podły papieros co chwilę gasł. Byłem pod Verdun, gdzie toczyliśmy najbardziej krwawe boje w historii mego kraju o dwa kilometry kwadratowe. Wypad, odwrót, wypad, odwrót i tak w kółko, miesiącami, latami. Ta ziemia już nigdy nie będzie czyjaś, jej już tak naprawdę nie ma, więc po co o nią walczyć? Kuliłem się w okopie licząc, że moja maska gazowa ocali przed śmiercionośnymi oparami, które nadleciały z niemieckiej strony. Ci, którzy nie zdążyli jej założyć, lub po prostu nie mieli, konali obok w konwulsjach. Byłem Australijczykiem rzuconym na drugi koniec Świata, by zdobywał nieznane mu ziemie, o których nigdy nie słyszał. Półwysep Gallipoli stał się moim grobem. Byłem jednym z tych, którzy w wigilię 1914 roku, odłożyli na chwilę broń i wznieśli się na wyżyny człowieczeństwa w tym nieludzkim otoczeniu. Skonałem w Karpatach, będąc żołnierzem Austro-Węgier w walce z Rosjanami. Broniłem swej rodzinnej ziemi, choć w obcym mundurze. Jutro znowu wskoczę do okopu, chwycę wysłużony karabin i będę się modlił o kolejny dzień. Choć może lepiej o szybką śmierć?

wtorek, 6 grudnia 2016

Powrót w wielkim stylu.


Lata dziewięćdziesiąte. Jesteś gówniarzem, który łyka każdą kasetę z pentagramem i odwróconym krzyżem. Wśród nich są trzy albumy Christ Agony. Trzy wspaniałe albumy. Takie, które powinny ten zespól wywindować na poziom światowy. Ale to się nie stało. Z jakiegoś powodu a pewnie nawet kilku Christ Agony Świata nie zawojował. 

piątek, 2 grudnia 2016

Metalowy cios aż do kości.


Kiedy wydajesz płytę o jasno brzmiącym tytule „Metal to the Bone”, nie możesz oczekiwać, że ci którzy ją kupią zrobią to, bo będę liczyć na piosenki o miłości, rzewne melodie i frazesy „życie jest piękne”. Nie spodziewasz się, że para zakochanych będzie jej słuchała podczas romantycznej kolacji bo teksty mówią o uczuciu aż po grób. Wiesz dobrze, że nie kupi jej nastolatka siusiająca w majtki na widok zniewieściałego idola bo pomyliły jej się tytuły. 

środa, 30 listopada 2016

Sauron w obronie dawnej wiary.


Sauron, mroczny władca jałowego Mordoru, o którym jakiś czas temu zrobiło się cicho, wychynął z lasu. Jeśli myśleliście, że słuch po nim zaginął, bo jakiś mały owłosiony jegomość wrzucił pierścień do ognistej szczeliny, to byliście w błędzie. Pan ciemności postanowił zmienić otoczenie i zamienił wypalone pustkowia na zielone lasy a mroczne twierdze pnące się ku niebu na drewniane grody. I tak sobie w tym lesie posiedział w tajemnicy aż wreszcie uznał, że czas wyjść i pokazać Światu swoje oblicze – niby znane, ale jednak odświeżone.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Płock, czyli królestwo death metalu.


Karabin maszynowy. Wybuchy. I jakiś straszliwy głos. Czy to diabeł wydaje rozkazy do ataku? Tak, ale już na początku bitwy zwodzi nas swoją taktyką. Spodziewamy się nalotu dywanowego i błyskawicznej pancernej szarży a dostajemy potężny, najeżony dźwiękiem twardym jak stal, walec. I krzyk. I już wiadomo, że płocki Kingdom spuścił ze smyczy album potężny. Huraganowa perkusja przychodzi chwilę później. Ale za chwilę znowu zwalnia. Nietypowy to otwieracz dla takiej płyty, która w większości gna jak zagony pancerne podbijające Związek Radziecki. Zwalnia momentami, majestatycznie, jakby uzupełniała amunicję na kolejne minuty walki. Rozdaje potężne ciosy precyzyjnie, jak kierowane laserem pociski. Nikt się jej nie oprze.

czwartek, 24 listopada 2016

Stillborn, czyli listopadowa perełka z lutego.


Bogactwo muzyczne tego roku jest ogromne. Rodzime podwórko obrodziło bardziej niż mazowieckie sady w najlepszych latach. A robaczywych jabłek bardzo mało. Choć z drugiej strony, może one wszystkie są robaczywe, jeśli wiecie co mam na myśli ;) W każdym razie, to wspomniane bogactwo powoduje problemy, przynajmniej w moim konkretnym przypadku. Zwyczajnie i po ludzku nie nadążam. Człowiek się starzeje, wiem, ale fakt faktem – płyt zatrzęsienie. Zamówić można ale nie zawsze jest czas na porządne przesłuchanie, wsłuchanie i odbiór. Dziś będzie o jednej z takich płyt właśnie. I to, że dopiero teraz o nim pisze zasługuje na naganę a ja sam na ciężkie prace w kamieniołomach tudzież na pieszą pielgrzymkę do Mielca w worku pokutnym. „Testimonio de Bautismo” ukazał się pod koniec lutego, do mnie dotarł gdzieś w marcu. No, mamy listopad, wiem. Trochę się opóźniłem ale na szczęście ten blog to nie ekspres do Gdańska na który czeka wytęskniona wakacji rodzina, więc nikomu chyba krzywdy nie zrobiłem. Wtedy, w marcu, wskoczył do odtwarzacza na bodajże dwa, trzy razy i ustąpił miejsca innym. Gdy go teraz słucham, wiem, że popełniłem ogromny błąd. Mam taki zwyczaj, że podczas sobotnich porządków wracam do płyt o których wiem, że nie dałem im wystarczająco dużo czasu i za szybko powędrowały na półkę. Ostatniej soboty padło na Stillborn. Kręcił się w odtwarzaczu kilka razy a ja porządki zrobiłem dwa razy szybciej niż zwykle. 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Imperium w kryzysie.


Po dwóch dniach oczekiwania na półce odpaliłem wreszcie „The Empire”, najnowszy album Vader. Kiedyś taka sytuacja nie miałaby prawa zaistnieć – wydawnictwo momentalnie wylądowałoby w odtwarzaczu. Choć nie, raczej w magnetofonie, bo czasy gdy wielbiłem zespół z Olsztyna bezgranicznie, dawno temu minęły. Demówki uwielbiam, pierwsze trzy albumy kocham. Potem długo, długo nic mnie nie ruszyło aż wreszcie w 2011 roku ukazał się „Welcome to the morbid reich”. Bardzo dobry album i pomyślałem wtedy, że Vader wraca na dobre tory. Jednak kolejny materiał nie powalił, był raczej z gruntu tych trochę powyżej średniej. Na „The Empire” nie czekałem z wypiekami, szczególnie, że w sierpniu pojawiła się EPka zapowiadająca płytę - „Iron Times”. Cztery utwory w tym jeden cover. Niestety, nieudany, co dziwne w wydaniu Vader. Dwa premierowe numery nie zapowiadały niczego wielkiego ani porywającego, choć „Prayer to the god of war” to całkiem fajny kawałek. „Iron Times” nie zaostrzył apetytu na pełnowymiarowy album, raczej ostudził oczekiwania. 

piątek, 18 listopada 2016

Furia, czyli zwykłe czary wieją. Zwykłe?


Właśnie rozpoczyna się otwierający płytę „Za ćmą, w dym”. Jak ten utwór pięknie się rozwija i ewoluuje! Jak buduje klimat i napięcie, eksploduje, by wreszcie, gdzieś pomiędzy Wełnowcem a Siemianowicami, znowu się uspokoić i zdradzić nam swoje liryczne przesłanie. Zdradza jeszcze jedną bardzo ważną rzecz – to nie będzie płyta black metalowa w klasycznym rozumieniu. Ale jak najbardziej będzie czarna.

środa, 16 listopada 2016

Kosmokrator, czyli pierwszy krok ku supremacji zrobiony.


Jeszcze dwa miesiące temu belgijskiego Kosmokrator nie znałem. Generalnie Belgia bardziej kojarzy mi się z piwem, niż z metalem. Jest oczywiście wspaniały Ancient Rites, ale jedna jaskółka jak to mówią, sceny nie czyni. Któregoś dnia zasiadając do dłuższej analizy niesamowicie skomplikowanego pliku w Excelu szukałem czegoś na jutubie (tak, w pracy korzystam z tego źródła) by sobie ten czas umilić. Gdzieś w oczy rzucił mi się ten długi i ciekawy wyraz a ponieważ lubię odkrywać nowe muzyczne rejony – odpaliłem. Materiał o wdzięcznym tytule „First step towards supremacy” wcale wielce nowym muzycznym rejonem się nie okazał, ale zanim dobrnąłem do końca excelowych łamigłówek, miałem na koncie już kilka przesłuchań. Można z całą pewnością stwierdzić, że trafili mnie i to celnie. 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Krzyk pośród turni i jezior.

Wędrujący Wiatr. Wędrujący po Warmii i górach. W dużym uproszczeniu, stamtąd pochodzą panowie odpowiedzialni za ten zespół. Są to też rejony bliskie memu sercu. Góry schodziłem wzdłuż i wszerz dzięki moim rodzicom, zapalonym turystom. Warmia jest mi bliska poprzez miasto Olsztyn i ludzi, których tam poznałem. Dość powiedzieć, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc a góry zawsze będą memu sercu bliskie.

czwartek, 10 listopada 2016

Otchłań kosmosu, czyli dzieło wspaniałe.

Nie wiem czy gdzieś, w odległych galaktykach a może w tych bliższych, istnieją jakieś obce cywilizacje. Wiem natomiast, że gdyby postanowiły się z nami skontaktować, mogłoby brzmieć to jak ta płyta. Bo wyobraźcie sobie potężny, szalejący wir otwierający się na niebie, mieniący się tysiącem barw i bezlitośnie wciągający wszystko, co z człowieczej ręki powstało. Wciągający, miotający tym wszystkim i miażdżący. Powoli, brutalnie, nieziemsko skutecznie. Kawałek po kawałku rozgniatający wszystko na maleńkie atomy, wtapiające się później w jego nieskończoność. Nie dawałby on żadnych szans i żadnej litości, miotał meteoryty i pluł lawą ale zarazem byłby hipnotyzująco przerażająco piękny. Tak mogłoby to wyglądać, choć jest to raczej scenariusz na kiepski film science-fiction. Tu, na tym albumie, wszystko jest pierwszorzędne a scenariusz zniszczenia zrealizowany perfekcyjnie.


poniedziałek, 7 listopada 2016

Krzyk zza grobu.


Są takie zespoły na tym Świecie, które pomimo niewielkiej aktywności wydawniczej, osiągają status „kultowych”. Fakt, często jest tak, że określenie to przypisywane jest na wyrost zespołowi, który na to nie zasługuje. Jednym z takich zespołów na pewno nie jest Infatuation Of Death. 

Wiecznie podziemny twór, złożony z muzyków grających także w innych kapelach, który na koncie ma kilka demówek. No i jeden longplej – tegoroczny. Aha, zapomniałbym – zespół już nie istnieje. I ten album nie jest jego zmartwychwstaniem, tylko krzykiem zza grobu. Bardzo donośnym krzykiem. 

czwartek, 3 listopada 2016

Bractwo Węża i jego testament.


W tegorocznym zalewie świetnych black i death metalowych materiałów, thrash metal wydaje się być w odwrocie. Fakt, liczebnością ustępuje, ale za to jakościowo wspina się bardzo wysoko. Po wspaniałym „For All Kings” Anthrax i bardzo dobrym „The Evil Devide” Death Angel, jesień przyniosła nam nowy album Testament. To dobry moment by, zanim skupię się na „Brotherhood of the Snake”, skreślić kilka słów o moich doświadczeniach z Amerykanami. 

wtorek, 1 listopada 2016

De Profundis i Moonlight, czyli wyjątkowy listopad.


Listopad, który dziś się rozpoczął, zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Może nie na tle innych miesięcy tego roku, bo to wyjątkowo mocny rok, ale na tle listopadów minionych już tak. Wśród nadchodzących wydawnictw, moja sentymentalna dusza wyławia dwa, które serwują nam legendy krajowej sceny. Gdyby dwadzieścia lat temu te zespoły wydały nowe albumy w tym samym miesiącu, pół Polski wariowałoby z radości. I spory kawałek Świata. Dziś to już nie ten kaliber, jednak ponieważ sentyment jest, wielu czeka niecierpliwie. Mowa oczywiście o Christ Agony i Vader. 

piątek, 28 października 2016

Niecne podszepty zza oceanu.


Są takie dni, takie wieczory, kiedy lubię sobie posłuchać spokojnej, kojącej, pięknej muzyki. Takiej, gdzie krystaliczne brzmienie uwypukla każdy dźwięk, każde dotknięcie struny czy każde słowo wokalisty. Takiej, która pełna jest wspaniałych melodii, niekoniecznie wesołych, ale czystych jak poranna rosa. Muzyki, która posiada ogromną głębię, drugie, trzecie czy nawet piąte dno, którego odkrycie zajmuje setki godzin przesłuchań. Muzyki, która serwuje nam wspaniałe gitarowe pasaże, techniczne fajerwerki, cudownie skomplikowane solówki i niebanalne aranże. Tak, są takie dni i są takie wieczory. Często sięgam wtedy po coś spoza szeroko pojętego metalu, bo tam przecież o to łatwiej. Siadam wygodnie z herbatą, w ciepłych kapciach i rozkoszuję się chwilą, która mogłaby trwać wiecznie. 

wtorek, 25 października 2016

"Arctic Thunder", czyli Darkthrone na luzie.


Nowy Darkthrone! Kilkanaście lat temu na taką wieść dostawałem palpitacji serca i niezdrowego pocenia dłoni. Kilka lat temu, było już tylko pocenie dłoni i uśmiech radości. Dziś pozostaje już tylko ten ostatni. Człowiek dojrzał, nie podnieca się już tak pierwszym lepszym norweskim diabelstwem. Nawet o takiej nazwie. Ale się cieszę. Tak szczerze. Bo ja po prostu lubię tych gości i ich postawę „mamy wyjebane na wszystko”. Lubię ich luz i podejście do muzyki. Grają to, co im w danym momencie w duszy siedzi i nie oglądają się na innych. W ostatnich latach ubyło im sporo wiernych fanów ale ja się nigdzie nie wybieram. I wiem, że „Arctic Thunder”, czyli najnowsze dzieło norweskiego duetu, tego nie zmieni. 

piątek, 21 października 2016

Muzycznie i literacko wierni Bogom.


Jesienne i zimowe wieczory mają to do siebie, że bywają długie i chłodne. Przyjemnie spędza się je w domowym zaciszu, z książką i dobrą muzyką. Wiem, że z czytaniem książek w narodzie najlepiej nie jest, ale nie tracę nadziei. Czemu? Wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni – książek na potęgę, co chwilę wychodzą nowe, czyli jednak zapotrzebowanie jest. Po drugie, metalowcy to w dużej mierze ludzie inteligentni, lubiący czytać. W każdym razie ja wielu takich znam. Z tego względu będzie dziś nietypowo – pisałem co prawda już o książkach, jednak były to pozycje bezpośrednio związane z muzyką. Dziś chcę Wam przedstawić powieść teoretycznie niezwiązaną z metalem. Ale tylko teoretycznie, bo przecież tematyka rodzimowierstwa nie jest black metalowi i metalom obca. Do tego, jakby w komplecie, muzyka świetnie do lektury pasująca. Na mnie ten zestaw zadziałał bardzo dobrze i muszę przyznać, że jedno uzupełniało i dopełniało drugie. 

środa, 19 października 2016

Nie schodźcie do piwnicy, czyli Deus Mortem.


Dwadzieścia minut. Czasami potrzeba tylko dwudziestu minut, by niebo pociemniało, mrok otulił ulice i domy, a wszelkie robactwo rozochocone wyległo na powierzchnię. Dwadzieścia minut. Czasami dwadzieścia minut wystarczy, by podłoga mieszkania zamieniła się w wylany smołą kocioł pełen ognistej siarki. By czart zaczął odprawiać harce tuż przed twoim nosem, na środku pokoju. A najlepsze jest to, że przyzwałeś go sam, wkładając do odtwarzacza najnowsze dzieło Deus Mortem. 

poniedziałek, 17 października 2016

Jestem śmieszny czort, czyli Romana głos z ciemności.


Roman przemawia do nas od lat. W najróżniejszy sposób. Najczęściej, za pomocą charakterystycznych i nietuzinkowych tekstów, które są niebagatelnym składnikiem każdej płyty Kata. Wiele z nich jest bardzo osobistych, w innych pojawiają się tylko dalekie odniesienia do życia autora. Sporo mogliśmy się z nich dowiedzieć, wiele jednak jeszcze pozostało do powiedzenia. I wreszcie Roman powiedział.


piątek, 14 października 2016

Owls Woods Graves, czyli widziałem diabła w lesie.


Stary garaż na zapomnianym blokowisku. Marazm okolicy przebija przez wszystko, co tu się znajduje. Zza sfatygowanych blaszanych drzwi słychać dźwięki. Na pozór to kompletny chaos i kakofonia, ale wystarczy otworzyć drzwi i wejść... Odpadający tynk, na kilku fragmentach ścian i sufitu, jako wygłuszenie, opakowania po jajkach. Na środku zwisa jedna smutna żarówka i kołysząc się rzuca niepokojące cienie. Zdezelowana perkusja, z centralą oklejoną taśmą a obok, na szafce, niewielki wzmacniacz, z którego już nic więcej nie da się wykręcić. Puste butelki po winie i browarach, sporo niedopałków, masa kurzu. I oni. Młodzi, pełni zapału, choć bez wielkich umiejętności. Przyszli tu z różnych rodzin i z różnymi muzycznymi doświadczeniami. Nie wiedzą jeszcze co tak naprawdę chcą grać. Byle szybciej, byle mocniej, byle nienawistniej.

środa, 12 października 2016

Lathspell, czyli black metalowa uczta.


Finlandia. Piękny kraj. Miałem to szczęście go odwiedzić i bardzo chętnie zrobiłbym to ponownie. Jeziora, lasy, lasy, jeziora. Wczesne ciemności powodują co prawda sporo depresji w narodzie, zwiększone spożycie alkoholu i sporą liczbę samobójstw ale zarazem obdarzają ten kraj płodnymi black metalowymi umysłami. Pisałem już wcześniej o Kalmankantaja (tu i tu), która jest dla mnie sporym tegorocznym odkryciem. Lider tegoż zespołu gra jeszcze w kilku innych hordach, jedną z nich jest świetny Lathspell. O ile Kalmankantaja to atmosfera, klimat, granie wolne i monotonne, tak Lathspell to czysta black metalowa wojna. Zespół ma już na koncie kilka wydawnictw, w tym roku ukazało się najnowsze pełnowymiarowe dzieło o pięknym tytule „Torn Cold Void”. Oznacza to mniej więcej tyle, że w tytule znowu mamy Pustkę – ostatnia płyta Kalmankantaja to też Pustka (po fińsku Tyhjyys). Możemy więc z czystym sumieniem ogłosić, że 2016 to rok pustki! Przynajmniej w Finlandii. Jak dla mnie, jeśli pustka dla tych panów oznacza taką dobrą muzykę - mogą każdy kolejny album nazywać pustką lub jakkolwiek będą chcieli ją odmienić. Taka pustka to skarb!

poniedziałek, 10 października 2016

Tyhjyys, czyli pustka rodem z Finlandii.


Słuchając „Tyhjyys” mam ochotę na spacer jesiennym lasem. Długi, samotny spacer gdzie jedynym towarzyszem będzie aura, choćby i kapryśna, deszczowa i chłodna ale w jakimś aspekcie piękna. Poczuć delikatne krople deszczu na przemian z ostatnimi promieniami słońca, lekki podmuch wiatru delikatnie unoszący rdzawe liście. Wilgoć na butach i daleki krzyk ptaka. I pustka, ludzka pustka. I podążać tak ścieżką znaną i przyjazną, jak melodie, wytyczające szlak tej płyty. To one prowadzą nas przez te 43 minuty spokojnego, atmosferycznego black metalu. To one sprawiają, że las w którym spacerujemy nie jest wcale bardzo mroczny. To one dają powody do zadumy i całego szeregu uczuć, które pojawiają się podczas jesiennych wieczorów wypełnionych muzyką Kalmankantaja. Black metal ma różne oblicza i nie zawsze musi to być agresja. Tyhjyys to płyta spokojna, jednostajna, momentami monotonna, jednak dzięki wysunięciu na pierwszy plan prostych ale ciekawych melodii, nie nudzi. Rzekłbym wręcz, że prze do przodu nie gorzej niż niejedna nawalanka, tylko dużo dostojniej. Ma po prostu inny motor napędowy, który zwie się klimat. Jemu wszystko tu jest podporządkowane – także brak jakichkolwiek fajerwerków. Grając wolno i raczej smutno, można pokusić się o jakieś wodotryski, jednak Kalmankantaja tego nie robi. I dobrze, bo w końcu po co malować grób na różowo? Nie zmieni to jego funkcji, jedynie może ośmieszyć. Wszystko tu jest zagrane jak należy, podręcznikowo i wedle prawideł sztuki. Nic nowego ta płyta do gatunku nie wniesie, może jednak wnieść piękną atmosferę w niejeden jesienny bądź zimowy wieczór. Taki, kiedy po całym dniu masz ochotę poleżeć i po prostu się wyłączyć. Sączący się z głośników Tyhjyys doskonale w tym pomoże. Środowisko naturalne tej płyty to właśnie takie momenty. Oraz jesienny, bądź zimowy las i samotna wędrówka. 

czwartek, 6 października 2016

"Black Metal Ewolucja Kultu", czyli niewykorzystany potencjał.


Dayal to doskonały autor o wręcz nerdowskim (w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa) zapale oraz wyczuleniu na wszelkie szczegóły i niuanse. Lektura tego, co udało mu się tutaj zebrać, począwszy od naszej rozmowy o początkach mojego zespołu, była autentycznie poruszająca. Jeśli pozostałe rozdziały napisano z tą samą dbałością (a podejrzewam, że tak), mamy tu do czynienia z najrzetelniej opracowaną encyklopedią black metalu.” – Kristoffer Rygg (Garm), Ulver

wtorek, 4 października 2016

Synowie Północnych Ciemności na wzgórzu Ulriken.


„Tego dnia wszystko wyglądało jak zawsze. Codzienność dużego miasta, gwar i hałas. Mieszkańcy spieszący w swoich sprawach, turyści plączący się bez konkretnego celu. Dzień, jakich to miasto widziało już tysiące. A jednak coś było inaczej, tylko nikt tego nie zauważał. Coś co miało nadejść i wyczuwalne było bardzo delikatnie. Jakieś dziwne napięcie, coś nienazwanego zbierającego się w powietrzu. Wiedział o tym doskonale samotny człowiek wspinający się na wzgórze Ulriken. Czuł tę siłę wewnątrz siebie, bo tak naprawdę był jej twórcą. Gdy dotarł na szczyt, odpoczął chwilkę i spojrzał w niebo. Było ciemne, wiał mocny wiatr i toczył zwaliste chmury nad miasto. Zaczął padać deszcz. Zimny i tnący policzki jak okruchy szkła. Jemu to nie przeszkadzało. Lubił listopad w Norwegii. Choć czekał na grudzień. W tym roku mróz i lód nadejdzie szybciej. Uśmiechnął się sam do siebie i wzniósł wysoko w górę miecz. Ku niebu. Krzyknął przy tym kilka słów i był to Sygnał dla Hord Północy. Zaczęło się! W następnych minutach rozpętały się Głośne Sztormy, szalejące w każdym zakątku Północnej Otchłani. Nie było schronienia dla nikogo. Rozszalały się śnieżne zamiecie. Temperatura drastycznie spadła a wszystko zostało Zmrożone Lodowymi Wiatrami. A on tylko stał i patrzył na to z uśmiechem. Obserwował swojego kompana, jak wspina się tą samą drogą, którą on tu chwilę wcześniej wszedł. Finalne dzieło zniszczenia będą podziwiali razem. Bo razem do niego doprowadzili. Ten upragniony widok nie może ich ominąć. Nadchodzi, niesiony na skrzydłach Wiatru Zagłady kres wszystkiego. Otworzy się Wieczność by pochłonąć wszelkie życie. Słońce już Nigdy nie Wstanie.”

niedziela, 2 października 2016

Asphyx, czyli holenderska maszyna śmierci.


„I nadejdzie śmierć! - krzyknął prorok. Nadejdzie i zmiecie wszystko z powierzchni tej ziemi. Zmiecie wasze domy, wasze miasta, wasze życia. Zmiecie was, marni grzesznicy, śliniący się na własną materialność. Zmiecie i zmiażdży wszystko co kochacie i co znacie. Przetoczy się po was i waszych bliskich jak potężny walec nadziany kolcami. Będziecie uciekali, będziecie krzyczeli, będziecie wzywali pomocy. Na nic się to nie zda! Na nic! Bądźcie tego świadomi, bo nie ma dla was nadziei! Bo nadchodzi zagłada, koniec wszystkiego i śmierć ostateczna tego padołu cielesnego. Potężna nawałnica zagłady przetoczy i przewali się przez świat, jak żelazny sztorm, którego jeszcze nigdy nie widziano. Módlcie się, padajcie na kolana, błagajcie! Ale to wszystko na nic! Wszyscy zginiecie! Bo nadchodzi Śmierć!”

I nadeszła. Jeńców nie brał nikt, same zgliszcza i trupy. Jak zwykle, gdy Asphyx wyda nową płytę.


środa, 28 września 2016

Devil's Emissary, czyli średniowieczne lochy.


"To był piękny, słoneczny dzień. Ptaszki ćwierkały, wszystko wokół zieleniło się soczyście, wiosna w pełni. Szedłem sobie wesoło pogwizdując, bez żadnego konkretnego celu. Słońce stojące już wysoko przyjemnie grzało w plecy a lekki, ciepły wiatr delikatnie muskał twarz. Piękny, idylliczny dzień. Mijałem właśnie stary, gotycki kościół pamiętający średniowieczne czasy, gdy ziemia pode mną się zatrzęsła. Zniknęło Słońce, w jednej sekundzie zakryte ciemnymi chmurami. Zerwał się potężny wicher, rwąc gałęzie i unosząc kurz. Zrobiło się zimno i ciemno. Zakrywając dłonią twarz i desperacko próbując gdzieś się schować zdążyłem jeszcze zauważyć, że ziemia się otwiera. I to zaraz przede mną! Z potężnej szczeliny wyłonił się ludzki kształt, odziany w jakieś łachmany. Wyglądał trochę jak trędowaty mnich, trochę jak czarnoksiężnik. Co jest, cholera? Stanął przede mną i rzucił dwa słowa – Malignant Invocation! Jasny gwint, obcokrajowiec! Wyglądał groźnie, więc zacząłem szybko coś dukać po angielsku ale on tylko zaśmiał się i popatrzył z politowaniem. Chwilę później siedzieliśmy w jakimś zatęchłym lochu, nieużywanym od czasów inkwizycji, wypełnionym smrodem setek lat. Docierały do mnie wrzaski udręczonych, jakieś zgrzyty i piski. Hałas stawał się coraz głośniejszy, wręcz nie do wytrzymania. Zacząłem się nerwowo rozglądać za jakimś wyjściem ale mój straszliwy opiekun szybko złapał mnie za ramię i usadził na śmierdzącej podłodze. Do ucha krzyknął mi – Evangelic Decimation! Byłem już kompletnie skołowany i nie miałem pojęcia o co mu chodzi ale na wszelki wypadek znowu zacząłem coś dukać pod nosem. Nie zwracał na to uwagi. Dźwięki wypełniające lochy zmieniły się i stały się wyraźniejsze, zarazem jednak agresywniej atakowały wszystkie zmysły. Siedziałem i nie mogłem się ruszyć, straciłem już nadzieję a krzyki umęczonych były coraz bliższe. Przechodziły w ryki bólu i mieszały się z wściekłymi głosami oprawców w akompaniamencie zgrzytu i trzasku tajemniczych maszyn. Biczowanie dźwiękiem nie trwało długo, jednak intensywność była tak duża, że czułem się kompletnie wyczerpany. Nagle wszystko ustało. Nastała cisza i w kolejnej sekundzie znowu stałem przed starym kościołem, świeciło Słońce i wiał leciutki, ciepły wiatr. Przysiągłbym, że nic się nie wydarzyło, jednak przede mną stał ten straszny mnich. Zapytałem go – kim jesteś? Zaśmiał się tylko i wycedził – emisariuszem diabła! I zniknął." 

niedziela, 25 września 2016

Hermodr, czyli samotna wędrówka.

Wędrować poprzez spowite poranną mgłą prastare lasy, pełne cichego szeptu liści i krzyku zwierza. Mijając milczące lustra jezior zatopione wśród odmętów czasu. Depcząc ścieżki, których nikt już od setek lat nie używa. W towarzystwie chłodu i wiatru spacerować kamienistą plażą, wsłuchiwać się w szum fal Bałtyku. Poczuć wiatr we włosach i dotyk ciszy na wyżynach południa i wśród gór północy. Dotknąć majestatycznego gwieździstego nieba i poczuć na twarzy płatki śniegu.


czwartek, 22 września 2016

Mentor, czyli cmentarny rock'n'roll.


Macie ochotę na imprezę na cmentarzu? Imprezę, na której wszystko wolno? Taką, na której podła whiskey leje się strumieniami a spore grono uczestników jest w stanie ,delikatnie mówiąc, lekkiego nadgryzienia zębem czasu? Imprezę, na której możecie pooglądać gwiazdy z poziomu zakopanej trumny, bo jej dotychczasowy właściciel przed chwilą ją opuścił i właśnie wesoło hasa pomiędzy nagrobkami? Taką, gdzie do tańca rwą się absolutnie wszyscy a niektórzy aż dosłownie – wymachując swoimi nadgniłymi kończynami? Imprezę, na której alkohol serwuje podejrzany gość z racicami a zepsute zakonnice tańczą nad płomieniami zniczy? I tylko dozorca, związany i zakneblowany, trzęsie się ze strachu w cmentarnej kaplicy. Upiorne szaleństwo w świetle księżyca, z umarłymi ramię w ramię. Noc żywych trupów i dzikiego zmartwychwstania. Cmentarny rock'n'roll. 

wtorek, 20 września 2016

Eerie, czyli znowu się zagapiłem i prawie przegapiłem.


Dobra, czas posypać głowę popiołem. Albo wejść pod stół i odszczekać wiele opinii z przeszłości. Kiedy człowiek się myli, dobrze jest, gdy potrafi to przyznać. Czas udać się do konfesjonału i uderzyć się w pierś mówiąc – moja wina! Wybaczcie, trochę mnie poniosło – do konfesjonału oczywiście się nie wybieram, ale swoje muszę odpokutować. Bo głupie ignorowanie pozbawiło mnie dwóch lat obcowania z kolejną świetną płytą. Staram się desperacko ten czas nadrabiać słuchając jej ósmy raz pod rząd, ale czy to wystarczy?

niedziela, 18 września 2016

Entropia, czyli lepiej późno niż wcale.


Są takie sprawy, w których skłaniam się ku konserwatyzmowi. Jedną z nich jest metal. Wkurzają mnie ci wszyscy hipsterscy chłopcy z ładnymi fryzurami, którzy nagle postanowili być źli. Staram się omijać szerokim łukiem te wszystkie „post black metalowe” kapele i czasami całkiem nieźle mi to wychodzi. Czasami jednak się zapomnę i coś tam mi się do ucha rzuci. Wczoraj rzuciła mi się Entropia. I to dość skutecznie. 

czwartek, 15 września 2016

Diabeł rozpoczyna harce, czyli początki Christ Agony.


Fajnie jest czasem spojrzeć na coś z perspektywy lat. Kiedy spojrzenie to bogatsze jest o lata doświadczeń, przeżyć i nauki. W tym przypadku chodzi o setki poznanych płyt, ostudzone emocje młodzieńczego zapału i pozbycie się bezkrytycznego podejścia do wszystkiego co „rogate”. W końcu kilkanaście i więcej lat temu podejście było inne. Pentagram na okładce załatwiał sprawę. Te czasy bezpowrotnie minęły, choć oczywiście do kwestii wizerunkowych zespołów nadal przywiązuję pewną wagę. Nie rzucam się już jednak na pierwszą lepszą wymalowaną gębę i odwrócony krzyż, bo szatan mi tak każe ;)

niedziela, 11 września 2016

"Musta Lampi", czyli marazm upalnej niedzieli.


Niedziela. Upał. Bezruch. Gdyby nie pracujący wiatrak, powietrze można by ciąć. Stoi. Leżymy z lubą bez ruchu a w odtwarzaczu właśnie startuje płyta „Musta Lampi” fińskiego zespołu Kalmankantaja. Przepraszam, startuje to odrzutowiec, tu mamy do czynienia raczej z powolnym rozruchem, z lokomotywą, której ktoś dorzuca za mało węgla. Wszystko jest opóźnione i rozwlekłe. Leniwe. Leżymy i gapimy się w sufit a z głośników płyną dźwięki klawiszy. Długo, bardzo długo. Kiedy już myślisz, że może czas coś zmienić, oni grają nadal to samo. Klawisze. Pojawiają się nowe dźwięki i wszystko zaczyna nabierać głębi. Wreszcie jest gitara i perkusja. Gitara akustyczna, więc nadal jest spokojnie. Leżymy a ja myślę o tej kropli potu spływającej mi od trzech minut po ramieniu. Wszystko jest takie wolne, mozolne, ślamazarne. Tylko wiatrak pracuje na pełnych obrotach. Kropla spada na prześcieradło, z głośników wreszcie słychać przesterowaną gitarę zapowiadającą black metal. 

piątek, 9 września 2016

Szalety w podziemiu, czyli drugi dom.


Podróże na koncerty są fajne, ale nie oszukujmy się – im bliżej, tym wygodniej. W dwóch poprzednich tekstach koncertowych (tu i tu) pisałem o naszych wyjazdach do Katowic. Miały one swój urok, ale oczywiście każdy marzył skrycie, by kiedyś, pewnego dnia, te wszystkie koncerty zawitały do naszych Tychów. Jasne, sporadycznie coś tam godnego uwagi się pojawiało, im głębiej w lata dziewięćdziesiąte, tym klubów było więcej a co za tym idzie – koncertów. Często jednak była to totalna partyzantka. Organizacyjnie, promocyjnie i brzmieniowo. Kiedy już imprez kulturalnych w Tychach było naprawdę dużo, jedynie niewielki ich procent był w stanie mnie zainteresować. Dominował hip-hop, blues czy jakieś mainstreamowe popy. Konkludując – szału nie było.

wtorek, 6 września 2016

Pij mleko dla Lucyfera, czyli Them Pulp Criminals.


Nie jestem znawcą takiej muzyki. Kiedyś, dawno temu, będąc dzieciakiem lubiłem posłuchać Shakin' Stevensa. Od kilku lat lubię muzykę Johnego Casha i okazjonalnie słucham HeadCat (dzięki osobie Lemmego). I to z grubsza jest moje doświadczenie w świecie country, alternative country, rock’n’rolla i miejskiego folkloru. Nie duże, wiem. Jeszcze mniejsze mam w gatunkach, którymi określa się sam zespół – „dark urban folk, negative side of country, surf noir”. Nie martwię się tym jednak, bo przecież kiedyś dawno temu nie wiedziałem jak smakuje schabowy, a teraz nie mogę bez niego żyć. Czy mógłbym żyć bez Them Pulp Criminals i ich debiutu „Lucifer is love”? Pewnie mógłbym, ale wtedy ominęłaby mnie ciekawa płyta. 

niedziela, 4 września 2016

Morze wódki i tańce w klapkach, czyli mój koncertowy kult.


Daleko lub blisko. Autobusem, pociągiem, lub piechotą. Sam lub z ekipą. Dni słoneczne, dni deszczowe, dni zimowe. Underground, Mega Club, Hala Huty Baildon, Rude Boy…

Bez znaczenia. 

Gwar rozmów i nerwowe wyczekiwanie. Chór głosów skandujący tę krótką, ikoniczną nazwę. Szybko dopijane piwo i dopalane papierosy. Powoli rozjaśniające się światła. Intro lub bez intra. I wreszcie start. To kompletnie nie istotne, który utwór na początek, bo wszystkie znam. Ciary, podniecenie, uniesienie i krzyk. 

KAT zaczął misterium.

piątek, 2 września 2016

Soul Maggot, czyli chluba Kobióra.


Wiecie gdzie jest Kobiór? Pewnie nie, bo skąd. Ja wiem od wielu lat, bo to miejscowość, w zasadzie wieś, położona obok mojego rodzinnego miasta. Niech jednak nie zmyli Was ta wieś, bo w Kobiórze mieszka ponad 5 tysięcy osób i jest on dość rozległy. Kilkanaście dni temu z Kobióra popłynął w Świat death metal. Tamtejszy Soul Maggot wydał swoje pierwsze demo i już nigdy więcej nie będę kojarzył tej miejscowości z „Sikorką” (lokal gastronomiczny) i rozpadającą się stacją kolejową. Ta mała osada ma szansę wedrzeć się na metalowe mapy Polski z hukiem i trzaskiem. 

środa, 31 sierpnia 2016

Idzie zima, czyli koncertowy sezon przed nami.


Mikkey Dee i jego solo na perkusji wśród genialnych świateł, Roman Kostrzewski tańczący w klapkach do „Wyroczni”, Bruce Dickinson walczący na scenie z Eddiem, Lemmy wypowiadający kultowe „We are Motorhead”, Angus w mundurku ze swoim Gibsonem, Fernando z Moonspell próbujący mówić po polsku...

sobota, 27 sierpnia 2016

Klasyka, która wita w piekle.

„Byłem tam, w czeluściach. Na krańcu wszystkiego, nad krawędzią otchłani. Myślałem, że to koniec. Ale to był dopiero początek. Podróż poza czas i poza miejsce, do najczarniejszych zakamarków ludzkiej wyobraźni, która sobie tego wyobrazić nie jest w stanie. Tańczyłem z własnym duchem nad szczytami podziemnych jaskiń i widziałem, rzeczy, których nikt nigdy nie chciał zobaczyć, gdyż nie byłby w stanie ich nazwać. Dzika podróż w czeluść zapomnienia, gdzie tylko diabła śmiech i demona wzrok. Piłem z nimi i ucztowałem, rozpusty najdalsze krańce poznałem, ciągle spadając w mrok. Mijałem wieki i lata, cywilizacje i religie. Dla mnie były mgnieniem oka, kawałkiem pyłu mijającego mnie w locie. Mógłbym rozetrzeć je w dłoniach, tak zabawnie bezbronne dla mnie były. I ciągle słyszałem diabła głos, i dzwonienie łańcuchów. Przyzywał, wołał i śmiał się. Nie mogłem mu się oprzeć. Moja jaźń już nie była moją, zalał ją szyderczy śmiech opętanego niewolnika, gotowego na śmierć. Choć przecież nie byłem już żywy. I nagle, gdy myślałem, że ta podróż nigdy się nie skończy, wszystko zgasło. Nastała absolutna cisza. Nie było żadnego ruchu. I w tej strasznej sekundzie, gdy bałem się jak nigdy dotąd, usłyszałem spokojny głos: Witaj w piekle.”  

czwartek, 11 sierpnia 2016

"Popiół", czyli diament.

Gdy wczoraj wyciągałem ze skrzynki kopertę z irlandzkim znaczkiem, ręka lekko mi się zatrzęsła. Wiedziałem, jaka płyta jest w środku. Przepraszam, jaka PŁYTA. Nie mam pojęcia, czemu tak długo na nią czekałem, czemu tak późno zdecydowałem się ją zamówić. Pewnie znajdę setki wymówek, ale żadna tak naprawdę nie wytrzyma ani sekundy przyparta do muru. Miałem przecież kasetę, zjechaną i przesłuchaną setki razy. Znałem ją na pamięć. No i zawsze było coś ważniejszego do kupienia, coś czego nie posiadałem na żadnym nośniku. Poczeka, nie ucieknie – mówiłem sobie. Idiota. Naiwniak. Wreszcie jednak nie wytrzymałem...

wtorek, 9 sierpnia 2016

Eteritus, czyli Conan wrzuca pierścień.


Po raz kolejny musze powiedzieć z pewnością w głosie – trwa wspaniały rok dla metalu, szczególnie krajowego. Jeszcze mi w uszach brzmi wyśmienity „We had it coming” Dormant Ordeal czy „All of them witches” The Dead Goats a już w odtwarzaczu hasa kolejny przebojowy materiał. Znowu death metal, znowu lekko po szwedzku i znowu w starym stylu. Najważniejsze – znowu bardzo dobrze!

sobota, 6 sierpnia 2016

Lipawa, czyli teksty są ważne.


Teksty. Jak często zwracacie na nie uwagę? Dla mnie to bardzo istotna sprawa i zawsze je czytam, od deski do deski. Ilu z Was zwróciło uwagę na utwór Liepaja? Czy sprawdziliście co oznacza nazwa? Otóż, moi drodzy jest to miasto na Łotwie. Biorąc pod uwagę muzykę jaką gra In Twilight's Embrace, lepszy pewnie byłby utwór o Goteborgu lub Sztokholmie. Ale jest o Lipawie. Podejrzewam, że autor będąc tam miał silne doznania duchowo-estetyczne. Wiem, brzmi dziwnie. Prawdę powiedziawszy sam nie wiem jak to określić, nie jestem aż tak wyedukowany. Ale wiem, że sam tak często mam. Jadę gdzieś i czuję coś w rodzaju fajnej podniosłości, że tam jestem. Albo przygnębienia. Ale nie są to zwykłe odczucia, jakich setki mamy każdego dnia. To coś wyjątkowego. Coś co sprawia, że aż chcesz napisać tekst do utworu. O Lipawie. Wiecie, to trochę dziwne jest, bo cóż takiego jest w Lipawie? Równie dobrze, mógłby to być tekst o Grudziądzu. Ale o to właśnie chodzi – nie istotne gdzie i co to za dziura na mapie – jak Cię dopadnie to piszesz nawet o Jeleśni.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Szwedzka woda zdrowia doda, czyli The Dead Goats i czarownice.

W siedemnastym wieku było z nami krucho. Zalali nas Szwedzi i w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Z lekcji historii, tudzież prozy Sienkiewicza, wiemy jednak, że ten zalew najpierw powstrzymaliśmy a potem przegoniliśmy. Pewnie niektórym wydawało się, że osuszyliśmy dobrze tę naszą Polskę, że żadna kropla skandynawskiej mineralnej ewentualnie słonej morskiej z zatoki Hano, u nas nie została. Guzik prawda. Może nie była widoczna, może ukryła swój zapach, może gdzieś tam w cieniu sobie spokojnie egzystowała, lub pochowana po piwnicach utrzymywała swą tajemną egzystencję. Pieron wie. Dotrwała jednak do naszych czasów i od pewnego czasu coraz śmielej pokazuje swe oblicze. W kilku naszych miastach, piwnice wręcz musiały być nią zalane po dziś dzień. Lublin, Poznań i Białystok ucierpiały najmocniej. W stolicy Podlasia spowodowała nawet śmierć kilku kóz. 

I powinniśmy być jej za to wdzięczni. 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Lwy atakują, czyli Dormant Ordeal.


2016 to jak dotąd świetny muzycznie rok. Szczególnie jeśli chodzi o nasze krajowe podwórko. Jakiś czas temu zachwycałem się black metalowym duetem (Dagorath, Odour of Death), teraz przyszedł czas na death metal. Od kilku dni słucham w kółko i na okrągło dwóch płyt. Pomimo, że obie to death metal, różni je bardzo wiele. „All of them witches” The Dead Goats i „We had it coming” Dormant Ordeal. Szczęścia chodzą parami. Ale nie trzymają się za rączki, bo różnic tu więcej niż podobieństw. 

poniedziałek, 25 lipca 2016

Kanie na Warmii, czyli bogactwo naszej sceny.


Są takie rzeczy, które poznane w młodości lub dzieciństwie, zostają z nami do końca życia. Piosenka, smak, zapach, widok czy książka bądź jej fragment. Osobiście mam takich rzeczy kilka a jedną z nich jest smak usmażonej kani. Pamiętam, gdy byłem gówniarzem, jeździliśmy z rodzicami na wakacje nad Jezioro Charzykowskie (okolice Chojnic) i tam grzybów było sporo. Nasza rodzina do wytrawnych i zapalonych zbieraczy nigdy nie należała, ale takowych było wokoło mnóstwo i zawsze podzielili się zbiorami. Tak poznałem smażoną kanię. Pamiętam ją na świeżym chlebie i wierzcie mi – do tej pory czuję ten smak. Minęło wiele lat, ubogich w kanie, w zasadzie bez nich. Nie było warunków, okazji, możliwości. Zbieraczem też nigdy nie zostałem. Jakoś bez nich żyłem. 

czwartek, 21 lipca 2016

Master's Hammer, czyli Karel Gott black metalu.


Czechosłowacja. Knedliczki, Karel Gott, Helena Vondrackova, Sąsiedzi, Krecik i hokej. Pierwszy kraj, którego granicę przekroczyłem. Zieloną, bo zieloną, ale jednak. Wychowywałem się na południu Polski i u nas południowych sąsiadów się lubiło. Mnie, dzieciakowi, kojarzyli się głównie z bajkami, które bardzo lubiłem. Czechy. Piwo, knedliczki, piwo, hokej, piwo i…czescy metale! Tak, swego czasu było o nich głośno za sprawą charakterystycznego wyglądu (fryzury) i obuwia, które rzekomo nosili (sandały). Rzekomo, bo tak naprawdę na początku lat dziewięćdziesiątych nie widziałem chyba żadnego czeskiego metala. Ale śmialiśmy się wszyscy. Jeśli chodzi o muzykę, Czechy to raczej był obiekt drwin niż uwielbienia. Nie znaliśmy żadnego zespołu stamtąd, nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że może tam jakiś istnieć. Czemu? To proste. Język! Nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, że ktoś władający tak zabawnym i wzbudzającym u nas salwy śmiechu językiem, mógłby grać metal. Przez długi czas wyobrażenie kogoś wykonującego death czy black metal po czesku uruchamiało lawinę śmiechu. 

A potem poznałem Krabathor i Master’s Hammer.

wtorek, 19 lipca 2016

Pięćdziesiąt.


Pięćdziesiąt. Brzmi poważnie. Pięćdziesiąt tekstów na blogu dla mnie brzmi bardzo poważnie, choć nie wszystkie teksty są poważne. Kiedy w moim skrzywionym umyśle zakiełkowała myśl o prowadzeniu bloga, nie myślałem nawet, że dotrę do tak poważnej liczby. W każdym razie nie z takim zapałem i samozaparciem. I nie w takim czasie. Nie sama liczba cieszy najbardziej, tylko to, że wciąż mi się chce i wciąż sprawia mi to radość. Odkąd zacząłem publikować te swoje wynaturzenia, zyskałem sławę i pieniądze, zapraszają mnie na salony a pod moim blokiem codziennie gromadzą się fani. A tak poważnie – faktycznie moje życie się zmieniło. Można powiedzieć, że zostało podporządkowane pewnemu rytmowi. Najpierw muszę wybrać płytę, o której chcę napisać. To najtrudniejszy etap. Jak wiecie, nie piszę stricte o muzyce, tylko raczej o uczuciach jakie wzbudza. Nie mogę więc tak po prostu wybrać pierwszej lepszej z półki, muszę mieć tę mityczną wenę. Potem trzeba to opisać, ale to już dużo prostsze – ze mną zawsze tak było, że jak już wiedziałem, co chcę napisać, to samo pisanie szło jak z bicza strzelił. No i etap ostatni – zamieszczenie tekstu. Korekta, zrobienie zdjęć itd. – ten etap zajmuje zawsze najwięcej czasu. I tak w zasadzie w kółko, bo jak tylko jeden post pojawi się na stronie, ja już myślę o następnym. Ale lubię to, żyję muzyką od lat więc dodatkowe chwile spędzone z nią w mojej głowie są przyjemne.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Taakeferd, czyli Unholy Black Metal.


„Nie mogę spać. Mija już czwarta godzina naznaczona potem na czole i wirem w głowie. Na ścianach tańczą cienie. Chwilę temu były w mojej głowie, teraz rozpełzły się po całym domu. Tulą się do mnie choć je odpycham. Tańcząc na starych ścianach mego domu, układają się w obrazy. Wciąż widzę ten wielki stos i słyszę jej krzyk. Ogień szybko go uciszył, ale ja nie zapomnę. Banda religijnych opętańców nazwała ją czarownicą… Jej już nie ma, zostałem ja wśród ciszy nocy, tysiąca zmierzchów i tysiąca świtów, których nie chcę obejrzeć. Ta październikowa noc nie chce się skończyć. Wilgoć oblepiła deski ścian a trupi księżyc świeci dziś wyjątkowo blado. Nie chcę patrzeć mu w oczy, ale coś mnie zmusza… Wstaję i zupełnie bezwiednie, idę do drzwi. Wychodząc na zewnątrz czuję ostry chłód nocy, wgryzający się w każdy zakamarek ciała. Zatapiam się w las, spowity gęstą mgłą. Ona nie jest z tego Świata, jest ciepła i przyjemna choć zarazem niepokojąca. Nie zwracam jednak na to uwagi, idę naprzód, w nieznane, choć doskonale wiem gdzie chcę dotrzeć. Docieram do traktu, którym idą. Długi szereg milczących postaci w czarnych kapturach. Nie widzę ich twarzy, nie znam ich, nie wiem dlaczego tu są. Wiem jednak, że od tej nocy będą moją rodziną. Pochód we mgle, to wszystko co mi pozostało. Nie wiem dokąd zmierzają ale wiem, że tylko oni doprowadzą mnie do Niego. A On pomoże mi dokonać zemsty.”

sobota, 16 lipca 2016

A gdyby tak...

Szósty czerwca 1992 roku, Bergen. Ktoś podkłada ogień pod kościół Fantoft, którego nie udaje się uratować. Zostają zgliszcza. Iskra pada na podatny grunt. Następne płoną Ormoya, Skjold, kaplica w Holmenkollen, Hauketo, Asane i wiele innych… Łuna nad Norwegią robi się coraz jaśniejsza – chciałoby się wręcz rzec – A Blaze In the Norhtern Sky* w praktyce. Po jakimś czasie ogień rozprzestrzenia się i na Szwecję. Skandynawia podnosi głowę a cały Świat w przerażeniu obserwuje te wypadki. Są jednak ludzie, którzy widzą w tym jakąś dziejową sprawiedliwość, próbę walki z czymś, co niewoli ten kontynent od setek lat. I w duchu kibicują skandynawskiej młodzieży. 

Takim kimś byłem ja. Oczywiście, gdy to wszystko się zaczęło nie miałem pojęcia, że gdzieś tam na północy płoną kościoły. To nie był jednak bardzo krótki okres i w pewnym momencie te wieści dotarły. I padły na podatny grunt – prosto do umysłu młodego buntownika, świeżo upieczonego adepta black metalu i bluźnierstwa. Każdy kolejny spalony kościół był jak wygrana bitwa, każdy wsadzony do więzienia Norweg czy Szwed, jak męczennik. To była wojna, bardzo źle przygotowana, spontaniczna i bez szans na wygraną, ale wojna. Przynajmniej w moich oczach. 

środa, 13 lipca 2016

Piwnica w Bergen, czyli Dagorath.


Kilka dni temu wybrałem się z awizo w ręku na pocztę. To czynność u mnie częsta, bo niestety w godzinach doręczeń przesyłek, przebywam w pracy. Na szczęście urząd blisko, w zasadzie mógłbym iść w kapciach. Gdybym nosił kapcie. Na poczcie norma – spore grono starszych ludzi, którzy nigdy nie mogą dotrzeć tam w godzinach, gdy reszta narodu pracuje. No i te stosy rachunków! Ale nic to, dzielnie odczekałem swoje i wreszcie odbieram przesyłkę z jedną płytą w środku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie opuszczam poczty sam. Szli za mną Ihsahn, Samoth, Fenriz , Satyr i Infernus. I kilkunastu innych Norwegów w wieku młodzieńczym. Dziarsko wszyscy weszliśmy na to moje czwarte piętro i po chwili, gdy pierwsze dźwięki Dagorath wypełniły mieszkanie, rozpoczęła się impreza. Panowie zaczęli hasać jak młode wilki, rozbijając się po ciasnej kawalerce i nieustannie kręcąc młynki piórami. Ktoś strącił butelkę, ktoś zachlapał mi łazienkę farbkami, niechybnie nakładając w pośpiechu corpsepaint, ktoś inny w szale bojowym skopał telewizor. Z półek z płytami na tych szalejących młodziaków spoglądały ich późniejsze wcielenia, pewnie z lekkim zażenowaniem ale też wstydem, że w nich już nie ma tego młodzieńczego wigoru i bezkompromisowości. Nemesis Divina zaczęła tęsknie spoglądać na Dark Medieval Times a At the Heart of Winter rzucał zamglone spojrzenie Pure Holocaust. Na sąsiedniej półce In the Nightside Eclipse radośnie podskakiwał słysząc wokalistę Dagorath a tuż obok Under a Funeral Moon wraz z Pentagram wywijali koziołki. Dwadzieścia pięć minut piekielnej zabawy. Ja potulnie schowałem się w kącie zachwycony widowiskiem i tym co słyszę. Gdy skończył się piąty, ostatni utwór (cover Gorgoroth), panowie grzecznie usiedli i poprosili o herbatę. Pomyślałem, że mi też się przyda. Zaparzyłem i zaproponowałem im powtórkę. Ochoczo przystali na propozycję i tym sposobem wcisnąłem „play” po raz drugi. A potem jeszcze raz i jeszcze raz. 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Sznur w dłoń, czyli Odour of Death.


„Cichy, chłodny las...ostatnia droga pod moimi stopami. Czuję dotyk powietrza na zmęczonej twarzy, wśród splątanych włosów. Idę. Nie ma innej drogi, a nawet jeśli jest, to nie jest mi potrzebna. Noc gęsta jak kłębowisko węży powoli oblepia mnie coraz mocniej...Wreszcie jestem, ten konar to mój ostatni wzlot. Sznur już czeka, wyciągam nóż...”

sobota, 9 lipca 2016

Bon.


Siedemdziesiąt lat temu urodził się człowiek, który bardzo chciał być gwiazdą rock'n'rolla. Udało mu się. Człowiek, który pędził autostradą w jednym kierunku. Do piekła. Nie ukrywał tego. Dotarł tam za wcześnie, ale to też mu się udało. Siedzi pewnie teraz z butelką ulubionego Jacka Danielsa i śmieje się z nas wszystkich. Bo żył jak chciał. Nie szedł na kompromisy, nie kalkulował, po prostu żył. To dzisiaj zapomniane słowo a w szczególności jego znaczenie. To był facet, który nie ściemniał, facet, który walił prosto z mostu. I czy to się komuś podoba czy nie, był szczery wobec siebie. 

czwartek, 7 lipca 2016

Iron Maiden, czyli recenzje stworzone z komentarzy (część druga).

Na kilka tygodni przed polskim koncertem Iron Maiden, rozpocząłem na fejsbukowym fanpejdżu bloga, podróż przez twórczość Anglików. W komentarzach wyrażaliście zdanie o poszczególnych płytach. Dziś część druga podsumowania. Tutaj znajdziecie pierwszą. Kursywą moje krótkie opinie.


środa, 6 lipca 2016

Iron Maiden, czyli recenzje stworzone z komentarzy (część pierwsza).

Na kilka tygodni przed polskim koncertem Iron Maiden, rozpocząłem na fejsbukowym fanpejdżu bloga, podróż przez twórczość Anglików. W komentarzach wyrażaliście swoje zdanie o poszczególnych płytach. Nadszedł czas zebrania wszystkiego do kupy. Dziś część pierwsza. Kursywą moje krótkie opinie. 


wtorek, 5 lipca 2016

Moja Umierająca Panna Młoda, czyli o rozwodzie słów kilka.


Sporo już tu o mojej przeszłości muzycznej napisałem. Był death metal, thrash metal, black. Był heavy a nawet hard rock. Nie było jednak jeszcze jednego gatunku, który wtedy, gdy poznawałem metalowy Świat, był przez pewien okres ważny. Mowa o doom metalu. Dwa zespoły, które były dla mnie bardzo ważne, oba angielskie – Anathema i My Dying Bride (jeśli komuś ciśnie się automatycznie na usta Paradise Lost – ok, ale zaznaczam – dla mnie to nie był w tamtym okresie zespół doom metalowy). Lubiłem ten smutek i melancholię. Te piękne, rzewne melodie, zawodzące wokale i przygnębiające teksty. W przypadku My Dying Bride był jeszcze ten mroczny ciężar walca przetaczającego się po twoim ciele z rozkoszą sadysty. „As the Flower Withers” i „Turn Loose the Swans” to były właśnie takie albumy. Ciężko było się podnieść po przesłuchaniu ale chciało się wracać. Szczególnie do “Turn Loose the Swans”. Ten album wspominam najlepiej i uważam za najlepsze dzieło Anglików. Co za klimat! Kawałek „The Crown of sympathy” to absolutny top doom metalu. Kolejny album, czyli “The Angel and the Dark River” lubiłem, ale to już nie było to samo. Walec zniknął, ciężar prysł. Panowie dryfowali w stronę coraz lżejszych brzmień a ja z prędkością światła zasuwałem w stronę mocy, agresji, szaleństwa i opętania. Nasze drogi musiały się rozejść. Liznąłem jeszcze „Like the Gods of the Sun” i na tym koniec. Wiedziałem, że tworzą, że istnieją i koncertują. Czasami coś gdzieś usłyszałem ale to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że rozwód był decyzją dobrą. W ten sposób ominęło mnie (co policzyłem dopiero kilka dni temu) osiem albumów Anglików! Sporo, więc jeśli coś wartościowego przegapiłem, to dajcie znać. Jednak żyję, więc jak widać da się. 

piątek, 1 lipca 2016

Matka Północ, czyli hymn nad hymny.


„Nie jestem tu sam. Jest nas wielu. Bracia i siostry, matki, ojcowie, dzieci i dziadkowie. Z jednej ziemi, z jednego korzenia potężnego drzewa życia. Jego gałęzie chroniły nas przez wieki, tuliły jak matczyne ramiona. Teraz, dzisiaj, gdy stoję na nagim wzgórzu i patrzę na tę majestatyczną krainę, przepełnia mnie strach. Nie czuję już ciepła tych ramion, nie widzę jej oblicza, nie słyszę śpiewu jej porannego i wieczornego szeptu. Jakby zniknęła. Zostawiła nas. Nasze domy już nie są schronieniem, nasze łoża straciły wygodę i zdają się płonąć – odchodzą jak długie łodzie, w ostatniej drodze towarzyszące przodkom. A przecież to nie pora umierać. Gdzie nasza ziemia, jej plony i bujne ogrody? Gdzie nasza wolność i żagla cień na spienionym morzu? Gdzie dawna duma i ideały? Mroźny wiatr smaga zniszczoną twarz jednookiego starca, który widział wiele i słyszał jeszcze więcej. Nawet jednak on nie wie, bo nie wie nikt. Nikt poza naszą matką, jej jednak nie ma. Patrzę w dal i widzę mgliste niebo nad cichymi zatokami. Niegdyś radowałem się tym widokiem, teraz napawa mnie grozą. Czuję, że nadchodzi kres. Kres tej ziemi takiej, jaką ją znamy. Ale nie jestem tu sam i nie tylko mnie on dosięgnie. Jest nas wielu. Bracia i siostry, matki, ojcowie, dzieci i dziadkowie. Z jednej ziemi, z jednego korzenia, z jednej Matki. Imię jej – Północ.”

wtorek, 28 czerwca 2016

Dawnych sztormów moc, czyli celebryta kiedyś.


Nie planowałem tego. Szczerze powiem, że nawet w najbardziej wybujałej fantazji nie potrafiłem sobie wyobrazić, że taki tekst powstanie. Chyba łatwiej byłoby wyimaginować sobie prywatną audiencję u papieża. Ale jednak dzieje się to, właściwie stało, na Waszych oczach. To co za chwilę przeczytacie, może niektórymi wstrząsnąć a zatwardziałych fanów poirytować, dlatego jeśli kochacie bezgranicznie Behemoth, dalej nie czytajcie. Tak, nie pomyliłem się – ten tekst będzie o zespole Nergala. 

niedziela, 26 czerwca 2016

Zwariowany Świat, czyli lata młodości.

Niedawno pisałem o objawieniu, jakiego doznałem pod koniec magicznych lat osiemdziesiątych za sprawą nieśmiertelnego hitu „The Final Countdown” (o tym tutaj). To był impuls by porzucić dotychczasowych idoli i szukać nowych. W tamtych czasach szukanie proste nie było – brak Internetu, koledzy rówieśnicy też dopiero wchodzili w te klimaty. Nie do końca niestety pamiętam jakim cudem odkryłem Scorpions. Inaczej – jak ich poznałem, bo bardzo możliwe, że odkrył ich któryś z kolegów. Mniejsza o detale, pamiętam, że wszedłem w posiadanie pirackiej kasety „Crazy World” i choć okładka jest jasna, ta nieodparcie kojarzy mi się z ciemnym fioletem (pirackie wydania bywały dziwne). Scorpions wydali tę płytę w 1990 roku, więc mniej więcej wiemy, w jakim okresie czasowym się znajdujemy (wierzcie mi, czasami sam się w tym gubię – pamięć już nie ta). Miałem jeszcze jakieś dwa lata do poznania „Master of Puppets” (a stało się to tak), które wypełnione były hard rockiem. Wiecie, niezobowiązujący seks, narkotyki, alkohol i imprezy do rana ;) A tak poważnie, to słuchałem, słuchałem i słuchałem. Scorpions byli wtedy najważniejsi, jednak tylko do momentu poznania AC/DC. „Crazy World” jest jednak płytą, którą pamiętam najlepiej z tamtego okresu. Kiedy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest, znajduje tylko jedno wyjaśnienie – bo jest doskonała! Dyskografia zespołu jest bardzo bogata ale to chyba jedyny ich album na którym podoba mi się każdy utwór. Nawet ten zgrany do granic możliwości „Wind of change”. Pamiętam wrażenie jakie zrobił na mnie otwierający płytę „Tease me, please me”, szaleństwo przy „Kicks after six” czy „Restless nights”. Do tego świetne hard rockowe „Lust or love” czy „Hit between the eyes” no i ballady – “Send me an angel” I wspomniany już “Wind…”. Dla gówniarza, który właśnie poznawał możliwości gitar i perkusji (ten gówniarz, tylko trochę starszy poznaje je do dziś) ta płyta była jak biblia. Tyle się tam działo!

środa, 22 czerwca 2016

Księżyca zew, czyli osiem hymnów.

„To coś jest we mnie. W każdej komórce, w każdym mięśniu, każdym calu mojego nietrwałego, ludzkiego ciała. Bronię się, od dawna. Toczę walkę sam ze sobą, w sobie. Nie wiem czy z zewnątrz to widać, ale w środku jakby bataliony rozszalałe nacierały na siebie. To jest tak mocne, tak pierwotne! Dzikie i groźne, choć pozornie przyjemne. Dla idiotów władających piórem, bywa to romantyczne i warte zniszczenia stert papieru. Romantyczne! Przecież to ból. Ból walki, istnienia, ból tysiąca ran rozdzieranych przez kły i pazury bestii. Człowiek tego długo znieść nie jest w stanie. I ja wiem, że się poddam, że ciemna strona weźmie górę. Wewnętrzna bitwa wciąż trwa ale sztandary zwycięzcy coraz wyraźniejsze. Jednak jeszcze nie tej nocy. Nie tej pełni. Jutro wstanę i będę chodził na dwóch nogach, dumny, ludzki. Gdy jednak widzę jego światło, w bezchmurne noce, chcę krzyczeć. Skamleć. Drzeć się. Wyć! To coś jest niedaleko. Czuję to. Co noc silniejsze, a gdy oko kosmosu płonie mocno, silne jak ja sam, jak mój instynkt. Z tych ludzkich siedzib wyraźnie czuję zew. On nadejdzie. Jeszcze walczy, jeszcze się broni. Ale już niedługo, dołączy tu do nas, szarych strażników lasu. On wie, że czekamy. Nasze tropy poprowadzą go głęboko w puszczę, do miejsc, w których człowiecza noga nie stała nigdy wcześniej. Ale on też już nie będzie człowiekiem i jego ślad nie będzie już taki sam.”

niedziela, 19 czerwca 2016

Końcowe Odliczanie, czyli początek wszystkiego.


Dziś sobie znowu powspominamy. Już na wstępie pragnę ostrzec co bardziej ortodoksyjnych i zatwardziałych metalowców – tekst zawiera treści drastyczne i takie, które mogą spowodować zawał lub niekontrolowany napad szału. Czytacie na własną odpowiedzialność. 

piątek, 17 czerwca 2016

Kosmiczne klucze, czyli moc klawiszy.

„To jest moje władztwo. Tu, na północy ludzkości. Wśród tych cichych wzgórz, zapomnianych jezior i mglistych, szarych lasów, roztaczam swoje panowanie. Tu wszystko jest napiętnowane mną a ja jestem częścią wszystkiego. Unoszę się nad zmarzniętą ziemią, płynę wraz z północnym wiatrem i wdzieram się do starych domostw. Jestem siłą kreacji i duchem zniszczenia. Wszystkie istoty są mi posłuszne, tak jak ja jestem posłuszny Jemu. Nigdy, słysząc Jego głos, nie miałem wątpliwości. Nie czułem strachu, tak jak nie czują ci, w których żyję. Wiecznie będę trwał w tej krainie, nad nią i pod jej korzeniami, bo wiecznie będzie trwał On. Jestem Jego czarnym namiestnikiem, posłańcem, oddechem i wzrokiem. Czasami, płynąc nad jeziorami północy widzę swe mgliste odbicie w krystalicznie czystej tafli. Czasami słyszę echo swego głosu błąkające się pomiędzy stromymi zboczami fiordów. Czasami, błądząc wśród niekończących się lasów czuję swój zapach, przenikający korę i igliwie, mech i liście. Ale to nie mój głos i nie mój zapach. To nie siebie widzę w lustrze wody. Ja, choć potężny i nieskończony, jestem tylko ułamkiem mocy Jego. I choć ta kraina jest moim władztwem, mną się żywi, ze mnie się zrodziła i we mnie umrze, nie jest moja. Należy do Niego. Jam tylko Czarnym Czarnoksiężnikiem, jakich On ma wielu.”

środa, 15 czerwca 2016

Good morning Vietnam, czyli skaczemy na minach!

„Kolejny patrol. Znowu leje. Już szósty dzień. Szlag by to trafił, co za parszywy kraj. Błoto jest wszędzie. Brniemy w nim po kostki, przemoczeni, brudni. Pająki, węże i inne jadowite cholerstwa, których nazw nawet nie znamy. Co za parszywy kraj! Okolica wydaje się spokojna, ale w każdej chwili zza drzewa może wyskoczyć żółtek. Oni są wszędzie. Nawet pod ziemią. Czujemy się tu jak Mięso Armatnie. Okolica wydaje się spokojna, nawet nasz wywiad twierdzi, że dziś powinno być cicho. Ale co oni wiedzą! Kilka dni temu weszliśmy do pobliskiej wioski. Też miało być spokojnie, bo wg tych mądrali wioska nie sprzyjała Vietcongowi. A jednak. Kilku wieśniaków zaczęło uciekać na nasz widok. Kilku innych sięgnęło po kałasznikowy. Otworzyliśmy ogień. Padali jak muchy. Strzelaliśmy bez opamiętania, nasze M-16 były już gorące do czerwoności. Wybiliśmy wszystkich, matki, dzieci, starców. W chwilach takich jak ta nikt nie myśli o litości dla nikogo. Tu nawet mała dziewczynka może podejść do Ciebie z koszykiem owoców w którym jest granat. Tu wojna jest w każdym i wszędzie. Tu Ja Jestem Wojną a mój karabin jej głosem. Już mieliśmy wracać, gdy z pobliskich wzgórz zaczęły padać strzały. Cholerny Charlie! Ktoś zdołał zbiec i wezwać swoich na pomoc. Szybka łączność i w naszym kierunku lecą myśliwce szturmowe. Podajemy koordynaty i po chwili wzgórza zamieniają się w kulę ognia. Napalm o poranku. Zapach zwycięstwa! Wracamy. Nikt nic nie mówi, bo i o czym tu mówić. W tej zapomnianej przez Boga krainie takie obrazki to codzienność. Ktoś powiedziałby że to Ludobójstwo. Pieprzyć jego i wszystkich pacyfistów! Albo my albo żółtki. Nie ma innej opcji, remis nie wchodzi w grę. Nagle wybuch na czele naszej kolumny. Mina. Pieprzona, prymitywna, ruska mina. Kolejny kolega został Skoczkiem. W najlepszym wypadku straci nogę, w najgorszym wróci do domu w metalowym pudle. Tamtego dnia udało nam się jednak dotrzeć do bazy bez kolejnych strat. Czy dziś też się uda? Ile jeszcze tego piekła? Kiedy wreszcie wrócimy do domu? Gdzieś w oddali słychać śmigłowce, odgłosy strzałów. Szlag trafił spokojny dzień!”

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Future of the Past, czyli Przyszłość Przeszłości.


Kiedy kilka miesięcy temu podjąłem decyzję o rozpoczęciu kariery pisarskiej, długo myślałem nad nazwą bloga. Wiedziałem jaki będzie jego profil i jaka specyfika. Wiedziałem, co chcę przekazać i o czym pisać. Problem miałem z nazwą. Ze mną to już tak jest, że pisanie idzie mi gładko, jednak tytułowanie już nie bardzo. Do tej pory nie mogę wydusić z siebie „proszę księdza”. Myślałem więc i myślałem, aż nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś już wymyślił idealną nazwę dla treści, które się tu znajdą. Dwadzieścia lat temu ukazał się album olsztyńskiego zespołu, w całości zapełniony coverami. Nie wiem kto wymyślił nazwę, może też skorzystał z czyjegoś pomysłu, wiem jednak, że bardzo mi pomógł. Album nosi nazwę „Future of the Past”, czyli właśnie „Przyszłość przeszłości”. Vader, bo o nim mowa, składa tam hołd swoim inspiracjom muzycznym. Dla mnie perfekcja, bo ja tym blogiem robię dokładnie to samo – składam hołd moim bogom z czasów młodości. Chcę ocalić ich dzieła od zapomnienia i przybliżyć je młodszym rocznikom. Wiem, wiem, brzmi to trochę naiwnie, bo przecież te płyty wciąż są obecne w świadomości nowych pokoleń metalowców, ale jako bezgraniczny miłośnik starszych dźwięków, zrobię wszystko by ten stan rzeczy nie uległ zmianie. A jeśli ktoś młodszy pozna dzięki niemu jakąś klasyczną płytę, o której wcześnie nie słyszał, to tym lepiej. 

niedziela, 12 czerwca 2016

Anioł Śmierci, czyli thrash żyje!


Kilka miesięcy temu w jednym z rodzimych magazynów muzycznych, czytałem sobie z lekko kpiącym uśmieszkiem dziwną dyskusję na temat thrash metalu. Że to już nie to, że odchodzi do lamusa, że jego wskrzeszenie się nie udało itp...Lubię czytać takie dyrdymały, bo doskonale wiem, ile są warte. Metalu słucham na tyle długo, że nie raz już słyszałem, iż ten czy inny gatunek się skończył, umarł, finito. Potem ktoś wymyśla jakieś drugie fale, trzecie fale i pieron wie co jeszcze. Dochodzi nawet do określania się „post to”, „post tamto” i „post wszystko”. Gubię się w tym wszystkim, bo już starszy chłop jestem i czasami tego „postępu” nie ogarniam. Dla mnie black metal to black metal, thrash to thrash a death to death. Żaden z tych gatunków nie umarł, nie ma potrzeby więc ich wskrzeszać. Każdy przechodził oczywiście trudniejsze okresy, ale zawsze istniał. Pokażcie mi choć jeden rok bez wydanej dobrej płyty thrashowej, blackowej czy deathowej. Choć jeden. Takiego nie ma. Pewnie, można mówić, że ta ciągłość np. thrashu to zasługa starych dziadków, którzy ten interes rozkręcali w latach osiemdziesiątych. Nawet jeśli, to co z tego? Dla mnie osobiście nikt inny poza tymi dziadkami nie musi grać starego dobrego czystego thrashu. Oni robią to doskonale i szczerze mówiąc całą młodzież łykają przed śniadaniem.

piątek, 10 czerwca 2016

Kawaleria z piekła rodem, czyli dziki ogień.


„Ci, którzy przeżyli tamte dni, trwożnie wspominają czarne niebo, które pochłonęło Słońce i biel chmur. Wciąż trzęsą się ze strachu opowiadając o ogromnym wichrze, który zerwał się znienacka i zaatakował wszystkie żyjące istoty, łamiąc drzewa i zrywając dachy. Do tej pory pamiętają dźwięk pękającej ziemi, głośny jak tysiące trąb. Wciąż przed oczami mają dym i wyłaniające się z niego postaci jeźdźców. Niekończące się szeregi mrocznych istot odzianych w czarne, postrzępione szaty. Tysiące pobłyskujących w światłach łuny, która rozkwitła na horyzoncie, kos. Rdzawych, poszczerbionych, ze śladami krwi. Ich straszliwe rumaki, toczące pianę z pysków i wydające z siebie odgłosy bestii. Gdy już wszyscy opuścili otchłań, ruszyli galopem przez równiny, a dziki ogień podążał za nimi. Ci, którzy widzieli ten rajd, wspominają odór śmierci i siarki, który unosił się jeszcze wiele dni po przejeździe czarnej kawalkady. Jeźdźcy z piekła rodem niszczyli wszystko na swojej drodze, tnąc i paląc każde dzieło człowieka. Ich konie tratowały wszystko, co wykazywało się choćby odrobiną woli życia. Czarne niebo posuwało się wraz z nimi niosąc mrok podmuchami potężnego wichru. Świadkowie wspominają, że ten apokaliptyczny rajd trwał niecałą godzinę, choć wydawało im się, że trwa już wieki. Pozostała po nim spalona ziemia i tysiące trupów. Jeźdźcy zniknęli tak nagle, jak się pojawili. Niebo rozjaśniło się a wicher zniknął. Co odważniejsi, którzy podeszli bliżej tej piekielnej kawalerii, twierdzą, że na czele czarnych zastępów, na wielkim rumaku, pędził straszliwy szkielet, odziany w łachmany. Dzierżył on ogromny sztandar i cały pokryty był ogniem. Ludzie mówią, że imię jego Niszczyciel. Symbol jego 666.”

czwartek, 9 czerwca 2016

Defying, czyli mrok nad Olsztynem.


Podróże kształcą. Na wiele sposobów. Ostatnio często bywam w Olsztynie i podczas jednej z wizyt poznałem Piotrka. Dobrze nam się gadało, bo to taki metalowiec starej daty, jak ja. Od słowa do słowa i okazało się, że jest on gitarzystą i wokalistą olsztyńskiej kapeli Defying. Nazwy nigdy wcześniej nie słyszałem a panowie na koncie mieli już pierwszą płytę. Termin na poznanie ich twórczości okazał się świetny bo wielkimi krokami zbliżała się premiera nowego materiału. Jakiś czas potem Piotr odwiedził mnie w Warszawie z okazji koncertu Marduk i wtedy w moje posiadanie weszły oba wspomniane wyżej wydawnictwa.



wtorek, 7 czerwca 2016

Szwecja w Wielkopolsce, czyli czy Tompa wie gdzie jest Poznań?


Poznański In Twilight's Embrace poznałem 22 maja 2015 roku w Proximie. Pamiętam ten wieczór doskonale, bo grali wtedy przed At The Gates (o Szwedach tutaj). Otwierali ten magiczny wieczór i szczerze mówiąc potem już tylko Szwedzi ich przeskoczyli. Stoisko z merchem zaopatrzyło mnie w dwa ich albumy, wtedy więcej wydawnictw nie posiadali. Pierwsza płyta szczerze mówiąc istnieje chyba tylko po to, bo: primo – zawsze któraś musi być pierwsza, secundo – wspaniale pasuje do ścieżki rozwoju zespołu, ewolucji ich muzyki. Tyle w zasadzie o pierwszym albumie wystarczy a to oznacza, że przechodzimy do drugiego. „Slaves to Martyrdom”, bo taki tytuł nosi to dzieło, jest materiałem przejściowym. Wyraźnie Poznaniacy skręcają tu w stronę death metalu na szwedzką modłę, gdzieniegdzie jednak nadal pobrzmiewają echa poprzedniej płyty. Jest to jednak album świetny, który po koncercie w Proximie długo gościł w moim odtwarzaczu. To dzięki niemu tak bardzo wyczekiwałem na kolejną płytę, bo patrząc na skok pomiędzy jedynką a dwójką, można się było spodziewać wspaniałej trójki. Poza tym, już na dwójce słychać dużą fascynację At The Gates a mnie w to graj. Panowie jej nie ukrywają, jest ona zresztą fascynacją pozytywną – nikt tu z nikogo nie zrzyna, nikogo nie naśladuje, co najwyżej czerpie pozytywne wzorce i aranżując je po swojemu przemyca ukradkiem, bez nachalności.

środa, 1 czerwca 2016

Czarne zastępy dusz, czyli miłość aż po grób.


Dwadzieścia osiem tekstów na blogu i dopiero teraz pojawi się tu bardzo ważny dla mnie zespół. Właściwie, bez owijania w bawełnę, jeden z najważniejszych. Ponieważ nieuleczalnie kocham muzykę i jest dla mnie jak powietrze, często popadam w zbyt duży entuzjazm mówiąc, bądź pisząc o niej. Uderzam w podniosłe tony jak Dzwon Zygmunta, komponuję monumentalny koncert skrzypcowy Czajkowskiego, ale po prostu czasami inaczej nie potrafię. Widzicie? Znowu to zrobiłem. Ale prawda jest taka, że ten zespół w pełni na to zasługuje. Prawdziwa legenda naszej sceny, drogowskaz, wyznacznik, nauczyciel młodych i wierny towarzysz starych. Panie i panowie: KAT.

sobota, 28 maja 2016

Sacrum umarło, czyli zejście w ciemności.


"Zszedłem w Ciemność.

Otuliła mnie swym gęstym, lepkim dotykiem. Fizycznie czułem ją każdym moim nerwem, każdym włoskiem na ciele. Chłonąłem ją każdym zmysłem, trwożnie idąc w przód. Labirynt Ciemnej drogi powoli mnie gubił, ale wiedziałem, że On tu gdzieś jest. Czułem Jego obecność. Od wieków. Prastary jak ten padół marności i głupoty. Obserwował mnie, oblepionego całunem mroku. Mój umysł przenikało Zło. Nienazwane, odwieczne Zło. To był ból, tysiąc razy silniejszy, chciał rozsadzić moją ludzką czaszkę. Musiałem go znaleźć, musiałem poznać Prastarą Tajemnicę.

poniedziałek, 23 maja 2016

"The Ultimate Incantation", czyli Gary Cooper death metalu.


1989 rok. Pierwsze wolne wybory w Polsce po 1939 roku. Komuna oficjalnie chyli się ku upadkowi, za chwilę runie Mur Berliński, Solidarność tryumfuje a dawne demoludy otwierają się na Europę Zachodnią i Świat. Różne są teraz oceny tamtych zdarzeń, ich przyczyn, głównych bohaterów i sterników historii z tamtego okresu. Jedno jest pewne – tamte procesy zmieniły oblicze Europy, Świata ale także samej Polski. Pojawiła się gospodarka wolnorynkowa, prywatne inicjatywy zaczęły kwitnąć i napędzać ekonomię, zaczęliśmy poznawać dobra z całego Świata.

czwartek, 19 maja 2016

Wyprawa do krainy Odyna, czyli muzyczny hołd dla przeszłości.


Wyobraźcie sobie cichą i spokojną krainę. Właśnie ustąpiła zima i Bałtyk znów zaprasza na swe wody. Wszystko wokół zaczyna się zielenić, ptaki śpiewają wesoło, lasy pełne zwierza szumią cicho gdy zrywa się chłodniejszy północny wiatr. Niewielka osada na brzegu zatoki wypełniona krzątającymi się ludźmi. Kobiety szykujące prowiant, mężczyźni oporządzający swoje długie łodzie. Tylko dzieci beztroskie wesoło ganiają po otoczeniu. Ostatnie remonty i przygotowania. Czas wyruszyć w nieznane, czas zadbać o rodziny i o chwałę. Odyn będzie dumny raz jeszcze! Następnego dnia, wśród porannych mgieł i wstającego słońca, napędzane wiosłami wychodzą z zatoki. Tarcze na burtach lśnią w promieniach słonecznych, smocze łby na dziobach dumnie wyznaczają kierunek podboju a rozpostarte kolorowe żagle pchają ich ku przeznaczeniu. Bogactwo i chwała czekają, na niektórych Walkirie i Walhalla, ale taki jest los wojownika.

wtorek, 17 maja 2016

Szwedzcy bracia, czyli romantycznie o czarnym władcy.


Jest taki kraj, w którym znajduje się najwięcej restauracji McDonald's w Europie. W tym kraju znaleziono najstarszą prezerwatywę (z 1640 roku), ciężko kupić tam alkohol, można za to delektować się (???) kiszonym śledziem. Wiecie o którym państwie mowa? Jeśli nie, to dodam, że wszystko musi tam być poprawne politycznie, co prowadzi do absurdów – otyłość traktowana jest jak wykroczenie. Jest to też piękny kraj. Nie byłem, ale dzięki internetowi swoje widziałem. Muzycznie kraj zawsze był bogaty, ciekawy szczególnie dla nas, metalowców. No i Volvo to całkiem fajne auta a pewna firma meblarska pozwala mi wygodnie przechowywać płyty. Szwecja, bo o niej oczywiście mowa, zrodziła masę talentów. Dała nam wspaniały death metal (dla mnie osobiście najważniejsze szwedzkie osiągnięcie muzyczne) ale także kilka innych ciekawych gatunków. 

sobota, 14 maja 2016

Ragehammer, czyli cios w ryj. Celny.


Piątek, godziny w pracy dłużą się niemiłosiernie. Wyczekiwanie końca aż gęstnieje w powietrzu. Wreszcie wychodzę i rozpoczyna się weekend. Szczęśliwy, jednak lekko zawiedziony, bo paczka na którą niecierpliwie czekałem raczej już tego dnia nie dojdzie. Zakupy spożywcze złożone w dużej mierze z zawartości sklepowej lodówki i do domu. Ostatnia nadzieja – skrzynka na listy. Drżącą ręką otwieram i jest! Jest awizo! W tył zwrot i biegusiem na pocztę. Na szczęście tylko dwie osoby w kolejce. Pani z uśmiechem wydaje paczkę, która przyszła ze Świecia. Biegusiem do domu. Szybkie zdarcie folii i do odtwarzacza. Play!

czwartek, 12 maja 2016

Trifixion, czyli problemy z garderobą.


Koszulka. Czarna, z okładką płyty i logo jednego z ukochanych zespołów. Setki wzorów bo setki płyt do wyboru. Jakość raz lepsza, raz gorsza ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało dumne wyróżnianie się wśród szarego tłumu. Stanowcze zaakcentowanie wyższości nad zwykłymi śmiertelnikami. W końcu bycie metalem to nobilitacja i wzniesienie się na wyższy poziom świadomości. Dobra, rozpędziłem się trochę ale przyznacie, że coś w tym jest? Wiązały się z noszeniem owych koszulek także bardziej przyziemne aspekty – łatwo było poznać swego, zarazem jednak można było dostać po gębie lub rzeczoną koszulkę stracić (gdy np. nie znało się składu zespołu z koszulki – pamiętacie te czasy?). Tak czy siak nosiło się. Pamiętam, że prałem je sam ręcznie by dłużej wytrzymywały nadruki, co w pewnym stopniu rekompensowało rodzicom wydaną na nie małą fortunę. 

wtorek, 10 maja 2016

Okładka, czyli czemu warto podróżować w czasie.


Od momentu w którym pierwszy raz wziąłem do ręki oryginalną kasetę (o tym tutaj), uważam, że płyta to nie tylko muzyka. To cały pakiet. Okładka, wkładka (książeczka w przypadku CD), zdjęcia, teksty, zapach papieru, informacje o nagraniu materiału, nawet podziękowania członków zespołu (tak, też czytam). To wszystko nie raz stanowi spójną całość a zawsze jest uzupełniającym się dziełem sztuki. Rytuał wejścia do domu z nową płytą, odpakowanie, czytanie, wąchanie i słuchanie – to jeden z najlepszych momentów muzycznego maniaka. Stąd moja awersja do muzyki słuchanej z Internetu – obdziera to ją w moich oczach z kilku ważnych czynników i zabiera kawałek „płytowej duszy”.

czwartek, 5 maja 2016

Tyska legenda, czyli Isolated.


W jednym ze starszych tekstów, pisałem o tym, że dużą rolę w poznawaniu świata metalu odegrali starsi koledzy. To były burzliwe czasy i czasami między metalowcami dochodziło do awantur, krojenia i tym podobnych akcji. Ja jednak tego z Tychów nie pamiętam. U nas było trochę inaczej. Znajomości nawiązywały się szybko, nawet pomimo różnic wiekowych i trzymaliśmy się razem. Tychy to co najwyżej średniej wielkości miasto (jak na polskie warunki) jednak metali było sporo. Mniej widocznych, bardziej widocznych, zapewne jednak aktywnych. W latach 90-tych kapele powstawały jak grzyby po deszczu, nawet jeśli jeden człowiek grał w kilku (sam tego doświadczyłem). Jak dla mnie świadczy to tylko i wyłącznie o płodności metalowych umysłów.

piątek, 29 kwietnia 2016

Hvis Lyset Tar Oss, czyli Theodor Kittelsen rysować potrafi.


Zima, albo późna jesień. Zapomniany, norweski fiord. Wiatr chłoszcze bezlitośnie twarz a chłód północnego powietrza przenika do głębi. Ciemne, stalowoszare niebo powoli toczy się nad szczytami pokrytymi śniegiem. Cisza. Tylko w oddali krzyk jakiegoś zagubionego ptaka. Nad brzegiem kilka chat. Zapuszczone, pokryte mchem dachy, pamiętające lepsze czasy. Gnijące i rozpadające się ściany ukazujące fragmenty opuszczonych dawno temu wnętrz...Cisza. Nawet niebo zastygło wisząc nad tą krainą jak zapowiedź grozy. Nagle ruch. Coś porusza się między chatami. Coś, czy ktoś? Jakiś dziwny stwór a może to po prostu starzec dożywający tu kresu swych dni? A jeśli nie? Jeśli to jakaś zjawa? Porusza się powoli, jakby bojaźliwie by po chwili pokazać w całej okazałości swą straszliwą twarz...

środa, 27 kwietnia 2016

Borknagar, czyli wszystko przez kobiety.


Dla Marty. 

Dziś nie będziemy wracali do zamierzchłej przeszłości, choć początek tej historii to 1996 rok, więc pewnie dla niektórych średniowiecze. Właśnie w tym roku na Świat Norwegia wypuściła kolejny świetny album, czyli debiut Borknagar. Był to, jak się później okazało, początek długiej i owocnej kariery zespołu kierowanego przez Oysteina G. Bruna. Dla mnie był to jeszcze okres, w którym wszystko co opuszczało fiordy, przykuwało mą uwagę. Trudno więc było stać obojętnie, gdy pojawia się nowy zespół a w nim Garm z Ulver czy Ivar z Enslaved.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Reign in Blood, czyli jedz wolniej!


Wiosna 1992 roku. Jakiś czas temu byliśmy już w tym okresie za sprawą Master of Puppets (o niej tutaj). Tym razem jednak autor był już po wysłuchaniu trzeciej płyty Metallicy i po potężnym ciosie z tym związanym. Scorpions i AC/DC wciąż byli ważni (do tej pory są, AC/DC nawet bardzo) ale pojawiła się nowa siła. Czułem, że przede mną wielka przygoda i chciałem rozpocząć ją jak najszybciej. Byłem młody i w gorącej wodzie kąpany a zarazem kompletnie zielony w kwestii metalu. To nie najlepsza mieszanka, ale wtedy kompletnie się tym nie przejmowałem. 

środa, 20 kwietnia 2016

Czas Przed Czasem, czyli Największa Metalowa Tajemnica.


Wracamy do zamierzchłej przeszłości. Lata 1993-1995 wypełnione były poznawaniem, odkrywaniem i eksplorowaniem metalowej sceny. Pisałem już o tym, ale powtórzę – nie było internetu, który podpowiadał, pomagał i pozwalał posłuchać. Nie było sklepów internetowych. Nie było zatem łatwo. Było jednak dzięki temu fajnie. Poznawaliśmy dziesiątki zespołów za pomocą poczty, targowiska i starszych kolegów. Poczta Polska odegrała niepoślednią rolę w rozwoju rodzimej sceny metalowej – przesyłanie sobie kaset, zinów i flyerów miało w pewnym momencie wymiary gigantyczne. Ja załapałem się na końcówkę tego czasu, cieszę się, że jednak mi się udało.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Darkness, czyli co to jest sidi.


Dawno dawno temu, gdy nie było internetu, gdy większość telewizorów to były Rubiny, gdy jeździło się do „erefenu”, pewien młodzieniec poznał płytę CD. To właśnie był owoc wizyty w erefenie :) Nie, nie, mnie tam nie było. Był ojciec kolegi. Ojciec kolegi miał tam rodzinę i często jeździł. Kolega w tamtym czasie był moim najlepszym kumplem i siedzieliśmy razem w ławce. Razem się bawiliśmy (wiecie, urodziny itd.), razem sklejaliśmy modele, potem nawet razem muzykowaliśmy. 

sobota, 9 kwietnia 2016

Anima Lucifera, czyli czemu warto czekać.


Sacrilegium. Kiedyś dawno temu istniał taki zespół, wydał kilka demówek, split i jednego długograja (o nim tutaj). Potem przepadł w mrokach nadmorskich ciemności i nastała cisza. Wejherowo mogło odetchnąć ;) Dla jednych był to zapewne zespół jakich setki, dla innych, w tym mnie, kultowy i bardzo ważny. Po pierwsze to oni jako jedni z pierwszych przecierali w tym kraju ścieżki black metalu, po drugie płytą „Wicher” kupili mnie na zawsze. Kiedy więc dowiedziałem się w 2015 roku, że wracają, bardzo się ucieszyłem. Jednak chwilę potem dopadło mnie zwątpienie – a jeśli nie podołają? Jeśli zburzą mi tą legendę? Znamy takie przypadki. Życie potrafi się okrutnie obejść z powracającymi tuzami sceny. Poza tym, to black metal. Nie do końca potrafię to wyjaśnić, ale odnoszę wrażenie, że w takim thrashu czy death metalu jest to prostsze. W black metalu łatwo zostać swoją własną karykaturą i to bez kilkunastu lat przerwy w aktywnej działalności.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Krew Ogień Śmierć, czyli kwiecień plecień.


Mam problem z tą książką a ja nie lubię mieć problemów z książkami, bo po prostu, najzwyczajniej w Świecie, zaliczam się do tej nielicznej części społeczeństwa, która lubi czytać. Teoretycznie problemów nie powinno być żadnych. Primo – to książka o metalu. Secundo – o szwedzkim metalu. Wreszcie tertio – sam tytuł i okładka zachęcają do przeczytania już z daleka. Krew Ogień Śmierć czyli Blood Fire Death – tytuł jednej z kultowych płyt Bathory. Podtytuł – historia szwedzkiego metalu i na dokładkę zdjęcie wymalowanego faceta jednoznacznie oznajmiające – ta książka jest brutalna! Niestety, nie do końca.

sobota, 2 kwietnia 2016

Krzysiek


Kiedy wspominamy stare czasy, dawne przygody, często wiążą się one z konkretnymi osobami. W przypadku muzycznych podróży mojej młodości jest dokładnie tak samo. Jak pewnie już zauważyliście, wiele płyt czy wręcz całych gatunków odkrył dla mnie ktoś inny. Ale to było wtedy normalne. Mieliśmy to szczęście, że było nas kilku – bardzo mocno przyspieszało to odkrywanie nowych zespołów i wydawnictw. W czasach bez Internetu była to wartość nie do przecenienia. Scena była na początku lat dziewięćdziesiątych już mocno rozwinięta, więc praktycznie nie było dnia (przez kilka lat!) bym nie poznawał czegoś nowego. To był szalony rollercoaster, ekspres w ciemność, ku najbardziej ekstremalnym gatunkom. Nie tylko jednak koledzy byli ludźmi, którzy otwierali przede mną muzyczny Świat. Był też Krzysiek.